Taka okazja nie zdaża się często, 29 lutego. W taki dzień nic nie jest zatem lepsze niż przygotowywanie środowiska prezentacyjnego dla zespołu i kadry menedżerskiej na przyszłotygodniową prezentację numer dwa (numer jeden to udana środowa prezentacja w PP). Były słowa, czas przejść do czynów – coś pokazać.

Instalacja na VirtualPC składa się z następujących elementów:

  • Windows Server 2003 SP2 Standard
  • SQL Server 2005 Enterprise
  • SQL Server 2005 Reporting Services
  • Project Server 2007
  • Project Portfolio Server 2007
  • i na dodatek Exchange 2007 (eval, bo tylko taki działa na 32bit)

Na tym własne AD (oczywiście contoso.com), kilku użytkowników (wśród nich musiał się znaleźć Joe Doe i jego irlandzki odpowiednik John O’Brien). W czasie konfigurowania Reporting Services natknąłem się na problem, którego nie mogłem przeskoczyć bez pomocy MS Knowledge Base, ale o tym napisałem na moim blogu technetowym.

Obok mnie na stole leży Microsoft Office Project 2007 Bible autorstwa Elaine Marmel, na komputerze grube megabajty dokumentacji do Project Server 2007, Portfolio Server 2007,  z Amazon fruną kolejne pozycje, a noc jeszcze długa.

Zapytacje dlaczego nie Windows Server 2008 albo SQL 2008. Powód jest prosty: powyższą konfigurację (lub podobna do niej) testowałem już kilka razy i zawsze wszystko sprawnie działało, a na testy w bardzo limitowanym czasie trwania mojego projektu, po prostu nie mogę sobie pozwolić. Zanim przystąpię do ostatecznej implementacji Project Server i Portfolio Server, SQL 2008 nie ukaże się jeszcze w wersji RTM, ale na pewno znajdę czas by sprawdzić Windows Server 2008. Ale na to przyjdzie odpowiedni czas.

40,029 spamu

24 Luty 2008

Można by powiedzieć, że jest co świętować. Akismet pokazał mi dzisiaj, że ochronił mnie przed 40,029 spamowymi komentarzami. Ta prawie okrągła liczba tłumaczy się na:

  • 41.26 spamu na post
  • 15.77 raza więcej spamowych komentarzy w stosunku do nie-spamowych
  • 33.44 spamu na dzień

Panie i Panowie to oficjalne: zalał nas spam.


Link: http://ie.youtube.com/watch?v=anwy2MPT5RE

Oszczędzaj papier

23 Luty 2008

Kilka tygodni temu metoda drukowania dokumentów w naszych budynkach w Dublinie uległa znacznemu przeobrażeniu. Firma wyłożyła “kilka euro” i dodała do wszystkich drukarek moduł czytnika kart magnetycznych, tak by można było się do drukarek … logować za pomocą naszych badges. Od tego momentu przestaliśmy drukować “do drukarki”, ale drukujemy “do serwera”.

Jak to działa?

W standardowej i znanej wszystkim wersji drukowania do drukarki, komputer komunikuje się z drukarką poprzez serwer druku, czyli lokalny albo zdalny spooler. Jednak czy używasz drukarki podpiętej bezpośrednio do komputera czy poprzez sieć, zawsze komunikujesz się (prawie) bezpośrednio z drukarką. Wymaga to instalowania sterowników dla każdej drukarki z osobna, na której chcesz drukować.
A teraz, wyobraźmy sobie inny scenariusz. Zamiast klikać na drukarkę, wybierasz serwer, na który twoje dokumenty mają być “wydrukowane”. Później idziesz do najbliższej drukarki, logujesz się za pomocą karty magnetycznej (której dane są zintegrowane z Active Directory) i ściągasz z serwera swoje dokumenty na tę właśnie drukarkę.

Schemat dla obu scenariuszy wygląda podobnie, poza drobnym szczegółem w postaci czytników kart magnetycznych bądź chipowych zainstalowanych na każdym urządzeniu.

Jest kilka bardzo znaczących zalet przemawiających za takim rozwiązaniem. Przede wszystkim daje to możliwość drukowania na najbliższej drukarce, bez konieczności znajomości ich nazw, portów, serwerów wydruku i instalowania sterowników. W każdym miejscu budynku (a nawet w innych) gdzie jest dostęp do sieci po prostu drukujesz do serwera, który raz zapamiętany na komputerze nie ulega zmianie.

Poprzez taką metodę drukowania można bez obaw drukować poufne dokumenty – ich wydruk wymaga indywidualnej, niepowtarzalnej i identyfikowalnej poprzez Active Directory karty magnetycznej.

A najważniejsze: oszczędza się dużo papieru! Jeśli zapomni się o dokumencie, który właśnie się wysłało na drukarkę – paper się nie zmarnuje, bo to wymaga obecności drukującego przy drukarce.

Jedynym mankamentem takiego rozwiązania jest konieczność używania tych samych sterowników do wszystkich drukarek, co w rezultacie sprowadza się do wykorzystywania tego samego modelu w całej firmie. Dla innych modeli (np. kolorowych czy wielkoformatowych) konieczne jest tworzenie nowych kolejki.

Od kilku tygodni wokół drukarek nie ma już cudzych druków, poufnych dokumentów, nieodebranych albo zapomnianych papierów. Pozbyliśmy się problemu “gdzie jest ta drukarka”. Rewelacja!

A Wy? Jak drukujecie w swoich firmach?

Właśnie przed chwilą zakończyło się instalowanie Service Pack 1 na moim firmowym laptopie, który ewidentnie potrzebował jednej z cech SP1: lepszej wydajności.

I pewnie upłynie jeszcze trochę czasu zanim przekonam się, czy SP1 przyniosło mi jakąś ulgę. Z laptopa korzystam tylko podczas spotkań, konferencji, z podróży i w domu, łącząc się do sieci firmowej.

Jeśli ktoś jest bardzo niecierpliwy i chce bym coś dla niego sprawdził na SP1, proszę o komentarz, postaram się odpowiedzieć.

Elastyczne SLA

13 Luty 2008

Dziś natknąłem się na informację, która z jednej strony mnie rozśmieszyła, a z drugiej poważnie zaniepokoiła. W tejże informacji było użyte następujące sformułowanie:

SLA is lower this week due to [...] impacting our system performance.

Ktoś pomylił sobie słówko availability z pojęciem SLA, które oznacza Service Level Agreement. I to ostatnie jest porozumieniem między klientem a usługodawcą o poziomie świadczonych usług, więc nie może ulegać zmianie bez re-negocjacji z klientem!

SLA jest wyznacznikiem świadczenia usług, jest poziomem którego dotrzymywanie jest bardzo ważnym elementem jakości tychże usług. W najgorszym przypadku jest celem, do którego usługodawcy dążą. Tym bardziej SLA, które zmienia się co tydzień jest wielkim nieporozumieniem!

P.S. Jeśli ktoś myśli, że to był Eircom, jest w błędzie :)

Zonk

12 Luty 2008

Dziś miała miejsca mała przerwa w “nadawaniu” na ITblog. Mój provider, hosting365.ie, był święcie przekonany, że numer mojej karty kredytowej był niepoprawny i nie był w stanie ściągnąć ostatnich 4 płatności. Po krótkiej rozmowie telefonicznej okazało się, że numer jest poprawny, co więcej – karta działa, a co najbardziej ucieszyło i mnie i obsługę hosting365 – mogą sobie pobrać pieniążki. W czym zatem był problem i dlaczego od razu należało zawieszać moją stronę, skoro wystarczył jeden telefon?

Codziennie czytam dwie gazety – Irish Independent i Financial Times. Kiedy mieszkałem w Polsce też czytałem dwie – Rzeczpospolitą i Gazetę Wyborczą (czasami by zobaczyć, co każda odważyła się napisać). Teraz, prasę polską czytam przez Internet. W ten sam sposób zbieram informacje z innych źródeł, do nich głównie należą CNN i BBC News.

Kiedyś zauważyłem, że Wyborcza w rożnych porach dnia stosuje różne nazwy linków do artykułów. Czasami brzmią jak zwykłe nagłówki, innymi razy z małej afery robią mega-skandal. Co ciekawe, po kliknięciu na link nagłówek znów przybiera formę “mało drapieżną”.

Jednak dziś zauważyłem w jaki sposób Gazeta Wyborcza niechlubnie wyróżniła się spośród mojej dziennej lektury. Oto, co mam na myśli (zrzut ekranu z iGoogle):

Rzecz o zmarłym australijskim aktorze, Heath Ledger’ze. BBC News i CNN donoszą o badaniach, które wskazały, że aktor przypadkowo przedawkował leki, nazywając swoje nagłówki odpowiednio: “Przypadkowa mieszkanka leków spowodowała śmierć Ledgera” i “Przypadkowe przedawkowanie ustaloną przyczyną śmierci Ledger’a”. Natomiast Wyborcza zastosowała nieco mniej powściągliwą wersję: “Heath Ledger zmarł z przedawkowania leków”. Przesłanie to samo, jednak z goła inne. Zachodnie media natychmiast, bo już w nagłówku, informują czytelnika o tym, że aktor przez przypadek przedawkował leki, gdzie GW informuje o tym dopiero w pełnej treści artykułu.

Pachnie mi to wymuszaniem określonego zachowania czytelnika, coś jak nachalne “Kliknij tutaj by dowiedzieć się więcej”. Nie jestem dziennikarzem, daleko mi do etyki dziennikarskiej, odpowiedniego sposobu wysławiania czy składnego przelewania słów i myśli na papier, jednak sposób w jaki GW podeszła do tego materiału, tak odmienny od zachodnich mediów (CNN i BBC to jakby nie było jest kanon dziennikarstwa), podburzyło moje zaufanie do sposobu prezentowania przez nich informacji.

To był nagłówek z godziny 19. Kiedy piszę tego posta jest 5 minut po północy i link do artykułu o wynikach badania Ledger’a na GW brzmi: “Heath Ledger zmarł, bo przypadkiem przedawkował leki“. Jest to ten sam artykuł, co z godziny 19, jedynie z inną nazwą linku na głównej stronie, który do niego prowadzi.

Stawiam tezę, że GW świadomie modyfikując brzmienie linków na stronie głównej de facto wpływa na jej odwiedzalność i klikalność wyróżnionych w ten sposób artykułów. Byłoby to swoiste przeniesienie “realnych” zachowań rynkowych (bardziej krzykliwa gazeta będzie miała lepszą sprzedawalność, niż mniej krzykliwa na tej samej półce) na platformę WWW. Jeśli moja teza jest prawdziwa, to metody optymalizacji odwiedzalności stron internetowych czy optymalizacji pod kątem wyszukiwania (SEO) powinny być uzupełnione o dokładniejsze badania zachowań czytelników pod kątem reagowania na treść (stron internetowych). Ktoś słyszał już o czymś takim? Jakieś ciekawe elaboraty naukowe, być może?

Coś na kształt pracy The Effect of Human Behavior on the Design of an Information Retrieval System Interface, autorstwa Zhang Jin and Sara Fine albo  po prostu wykorzystanie w praktyce zasad tworzenia user interface?

Czytam właśnie komentarze pod wpisem na blogu Techland magazynu Fortune zatytułowanego “Google: Will Microsoft monopolize the Internet?” na stronie CNN.com.

Są to z goła inne komentarze niż te, które czytałem w prasie i blogach europejskich. Amerykanie bez oporów wytykają monopol … Google i wskazują na ich monopol reklamowy w Internecie i rynku wyszukiwarek. Microsoftowi obrywa się za m.in. monopol na rynku PC.

Amerykanie widzą światek IT z nieco innej perspektywy niż Europa. Na Starym Kontynencie nie było jeszcze tak dużych przejęć w IT jak zdarzały się w Stanach (opieram się na Mergers and acquisitions na Wikipedii).

Wydaje się, że komentarz David’a Drummond’a, CLO (chief legal officer) w Google, odniósł skutek przeciwny do zamierzonego – podgrzał atmosferę niechęci dla jego firmy i wywołał lawinę komentarzy niechętnych Google. Do no evil, anymore?

Z nieco innej perspektywy: The Microsoft-Yahoo deal’s bad numbers na Fortune

Arrrrgh, iTunes!

4 Luty 2008

Przeraziło mnie dzisiaj moje przywiązanie do jednego sklepu z muzyką. Sklepu iTunes. Bo i dlaczego nie mógłbym korzystać z innych sklepów niż ten, który oferuje mi Apple?

Rozejrzyjmy się…

  1. Amazon MP3 Downloads -Jest taniej – $0.89 i to w dodatku w $, a nie w Euro. Muszę jednak instalować jakiegoś downloader’a. Oczywiście muszę być mieszkańcem USA i mieć amerykańską kartę kredytową.
  2. Music MSN -Odpadł na starcie, bo mój LiveID nie jest połączony z MSN (wtf?) i nie mogłem się zalogować.
  3. Rhapsody -U.S. only.
  4. Zune -Not Available in My Region.
  5. Yahoo Music -Yahoo! Music Unlimited is available to U.S.-based subscribers only. Chyba są jednak bardzo limited!
  6. Sony Musicstore -Nie dość, że zwijają się 31 marca, to jeszcze proszą mnie bym zainstalował IE i SonicStage 4.3. WTF?
  7. PayPlay.FM -Udało się zalogować, ale wyboru nie mają dużego. Nie udało mi się znaleźć żadnej z 19-tu piosenek, które chcę kupić przez iTunes. Nie mają nawet Davida Bowiego!
  8. 7Digital -U.K. only.

Nie rozumiem w jaki sposób wytwórnie płytowe walczą z piractwem, skoro w takiej sytuacji aż proszą się o korzystanie z torrent! To jest jawne zachęcanie do korzystania z muzyki za darmo.

Zna ktoś inne, dostępne z Irlandii sklepy, gdzie można zaopatrzyć się w muzykę w formacie MP3/MP4/WMA/dowolnie inny format?

Najnowszy serwerowy system operacyjny Microsoftu ukazał się dzisiaj w wersji RTM – Release To Manufacturing. Oznacza to, że grupa produktowa zakończyła już prace i przekazała skompilowane oprogramowanie do grupy zajmującej się wypuszczeniem produktu na rynek, do mojej grupy – Release Services. Od nas, po stworzeniu tzw. master disc, produkt zostanie przekazany do firm zajmujących się tłoczeniem CD/DVD i pudełkowaniem. Stamtąd już prosto na półki sklepowe i do dystrybutorów. Proste, prawda?

Zanim jednak to nastąpiło, jeszcze w czasie pracy nad ostateczną wersją inna cześć mojej grupy – Product Launch Services (PLS) – pracował nad zebraniem w jedną całość tak istotnych materiałów jak grafika, klucze seryjne (wygenerowane przez jeszcze inną grupę), pudełka, numery produktów (te zapisane w postaci X00-000). Inny dział, Pricing, kalkulował ceny dla każdego rynku europejskiego.
Ja w tym czasie pomagałem grupie Windows podpisać ich kod certyfikatami (authenticode, niektóre także strong name dla .Net Framework), sprawdzić jak reagują na nowy kod programy antywirusowe i kiedy wszystko było OK, dać all-clear. To w miarę zautomatyzowany proces, ale i tak zabawy jest dość sporo.

Business as usual.

Btw, Windows Vista SP1 też się ukazał. Tutaj proces jest nieco odmienny, bo część release’u ląduje na Windows Update. Ale to już zupełnie inna historia …