Dodatek do WordPress’a zapewniający bardzo sprawne renderowanie stron dla urządzeń mobilnych o nazwie MobilePress zapewnia sprawną obsługę blogów praktycznie na każdej komórce, czy innych urządzeniach przenośnych, jak choćby iPod Touch. Jest jednak jeden mały problem z tą wtyczką, który wynika bezpośrednio z jej funkcjonalności: motywy.

Każdy motyw używany w MobilePress korzysta z różnych plików składowych strony – header.php, page.php, footer.php. A co za tym idzie, by dołączyć np. skrypt Google Analytics trzeba edytować plik każdego motywu. Na szczęście domyślnie dostarczane są tylko dwa.

Aby dodać skrypt Google Analytics, wyedytuj dwa pliki:

  • /wp-content/plugins/mobilepress/themes/default/footer.php
  • /wp-content/plugins/mobilepress/themes/iphone/footer.php

i dodaj przed znacznik zamknięcia body skypt GA.

Dzięki temu prostemu zabiegowi zapewnisz sobie zliczanie wejść klientów komórkowych na swojego bloga.

Moje zdjęcie po raz drugi zostało wykorzystane przez inne osoby do stworzenia czegoś nowego. I to wszystko legalnie, w ramach licencji Creative Commons. Za pierwszym razem zdjęcie z Co. Donegal z Irlandii zostało wykorzystane na pierwszej stronie firmy z USA (więcej).

Dzięki statystykom z Flickr.com odkryłem, że moje zdjęcie czołgu Sherman, jakie zrobiłem w Normandii w lipcu 2008 zostało wykorzystane do stworzenia tła dla iPhone.

Oryginał:

Wersja dla iPhone:

5 czerwca tego roku Bord Gáis Energy, firma zajmująca się wydobywaniem, transportem i dystrybucją gazu na terenie Irlandii, w skutek kradzieży straciła 4 laptopy. Komputery te zawierały dane 75.000 klientów Bord Gáis Energy, takie jak dane teleadresowe i numery rachunków bankowych.

3 spośród tych maszyn miały włączone szyfrowanie. Tylko jeden komputer był zabezpieczony nazwą użytkownika i hasłem.

Cytaty z Irish Times z dnia 18 czerwca, 2009:

Managing director of Bord Gáis Energy Dave Bunworth said this morning the stolen laptop containing the account details of 75,000 customers would be “very difficult to get into” despite it not being encrypted.

(dyrektor zarządzający [...] Dave Bunworth powiedział, że będzie „bardzo trudno dostać się” do danych 75,000 klientów mimo, że nie zostały zaszyfrowane)

I dalej:

“I don’t want to minimise the risk but this is not a normal laptop that you could break into that easily,” he told RTÉ radio.

(„Nie chcę minimalizować zagrożenia ale to nie jest zwykły laptop na który można się łatwo włamać”, powiedział radiu RTÉ)

Wtóruje mu Gary Davis:

“The risk may be low but there is a risk,” said deputy Data Protection commissioner Gary Davis.

(„Ryzyko może być małe, ale wciąż istnieje”, powiedział zastępca „komisarza do spraw ochrony danych” Gary Davis – odpowiednik polskiego GIODO)

Dalsze wyjaśnienia pana Dave Bunworth’a:

Mr Bunworth said that while the machine was not encrypted, the data saved on it could only be accessed using a username and password.

(Mr Bunworth powiedział, że mimo że komputer nie był zaszyfrowany dane są dostępne tylko przez podanie nazwy użytkownika i hasła)

Fakty:

  • 3 spośród 4 skradzionych maszyn miały szyfrowanie włączone
  • 1 komputer nie miał włączonego szyfrowania, a dostęp do danych odbywał się na podstawie nazwy użytkownika i hasła
  • komputery zawierały dane 75,000 klientów: imię i nazwisko, adres, numer konta bankowego
  • zarówno Bord Gáis Energy, jak i Data Protection Commisioner uważają, że ryzyko jest małe i trudno dostać się do danych

Niestety, to czego nie wiemy to sposób, w jaki dane były szyfrowane (tylko dane czy cały dysk i jaka była metoda bądź siła szyfrowania).

Najbardziej zatrważające jest jednak to, co zarówno Bord Gáis Energy jak i Data Protection Commisioner starają się nie powiedzieć publice. Nie potrzeba dyplomu magistra informatyki by wiedzieć, że aby dostać się do danych na niezaszyfrowanym dysku wystarczy śrubowkręt i kilkanaście minut, by podłączyć dysk do innego komputera. W zależności od systemu operacyjnego, a co za tym idzie systemy plików, uzyskanie dostępu do danych jest łatwe bądź bardzo łatwe.

Aby zrozumieć wagę problemu muszę wyjaśnić pewną specyfikę irlandzkiego (i brytyjskiego) systemu bankowego. W Irlandii (i w Wielkiej Brytanii) istnieje instytucja direct debit (w Polsce jest to chyba polecenie zapłaty). Problem polega jednak na tym, że aby zrealizować przelew w tym systemie banki irlandzkie i brytyjskie wymagają tylko 3 informacji: imienia i nazwiska dłużnika, numer jego konta bankowego (sort code i bank account number) oraz jego podpisu dostarczonych przez wierzyciela.

Jak niedoskonały jest to system przekonał się w zeszłym roku Jeremy Clarkson, prezenter Top Gear na BBC. Clarkson przekonany, że nikomu nie uda się wyciągnąć pieniędzy z jego konta, opublikował numer swojego rachunku w gazecie Sun. Nie musiał długo czekać, by czytelnicy udowodnili mu, że się mylił. Na jego koncie ktoś ustawił miesięczne polecenie zapłaty na £500 na rzecz fundacji Diabetes UK (szczegóły na BBC News i na stronie Gazety).

To tylko jeden z przykładów. Można mnożyć inne, socjotechniczne metody wykorzystywania znajomości podobnych danych.

Jeszcze nie tak dawno pisałem pochwalne peany na cześć MSE (Microsoft Security Essentials), a tu już na drugi dzień po zainstalowaniu przywitała mnie pierwsza wpadka tego programu antywirusowego.

Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, MSE uznał, że Message Center Plus z Lenovo to szkodliwy program wyświetlający reklamy, tzw. adware.

Szczegóły:

  • plik – C:\Program Files\Lenovo\Message Center Plus\MCPLaunch.exe
  • wykryty jako Adware:Win32/LenovoMCP
  • poziom zagrożenia: średni

Najnowsza wersja Message Center Plus z Lenovo pochodzi z końca maja 2009 roku (link). Od maja nie pamiętam, bym widział reklamę wyświetloną inaczej niż z okna przeglądarki internetowej (Firefox, IE), tym bardziej nie z narzędzia Lenovo. Być może moje doświadczenia to za mało, by stwierdzić, że program tego nie robi, ale chyba nie jest to powodem by ostrzegać użytkowników laptopów Lenovo o potencjalnym zagrożeniu.

Znalezisko wygląda mi na klasyczny false positive. Mam nadzieję, że w niedługim czasie program nie będzie już wykrywany.

Microsoft oficjalnie zakończył dostępność wersji beta swojego nowego produktu, Security Essentials, jednak program wciąż jest dostępny na innych serwerach. Softpedia udostępnia wersje 32 i 64 bitowe dla Windows 7, Vista i Windows XP (na chwile obecną link wciąż działa, ale prawnicy Microsoftu już mogli zacząć działać).

Ten niedawno stworzony produkt to darmowa wersja Microsoft Windows Live OneCare, czyli program antywirusowy. Oparty na Microsoftowej technologii sprawdzonego skanera antywirusowego, tego samego, który znalazł zastosowanie w Forefront i OneCare budzi we mnie nadzieję, że będzie to bardzo dobry produkt. Dodatkowo, wyniki z VB100 zdają się potwierdzać tę tezę. Pracuję z grupą odpowiedzialną za tworzenie programu antywirusowego w mojej firmie od ponad 2 lat. Postęp, jakiego jestem świadkiem i narzędzie jakie stworzyli pozwala mi odważnie postawić tezę, że będzie to jeden z najlepszych programów antywirusowych na rynku.

Przez ostatnie kilka lat codziennie miałem do czynienia z wieloma programami antywirusowymi – AVG, Symantec, McAfee, Eset, Norman, Avira – by wymienić tylko kilka. Jednym z czynników, na podstawie których można stwierdzić, że program antywirusowy jest dobry jest ilość tzw. false positives, czyli błędnych wskazań zagrożenia wirusem. Kolejnym jest oczywiście celność wskazania właściwego zagrożenia. Wymienione przeze mnie programy miały porównywalne wyniki w tym drugim teście, natomiast potrafiły nastręczać nie lada problemów przy pierwszym.

Skaner opracowany przez Microsoft nigdy nie nastręczał problemów przy false positive ale zawsze znajdywał to, co miał znaleźć.

Ściągnąłem i zainstalowałem Microsoft Security Essentials na swoim komputerze. Szybka instalacja i mała zasobożerność przyjemnie odróżniają się od znanych na rynku alternatywnych rozwiązaniach. Program pracujący w tle zajmuje nieco ponad 6MB przy włączonych opcjach skanowania modyfikowanych plików. To skutecznie pozwala zapomnieć o tym, że w ogóle mamy program antywirusowy, co nie jest takie proste przy zauważalnym odcisku na procesorze i pamięci np. w programie antywirusowym od firmy Symantec.

Wykonałem mały test za pomocą eicar’a by przetestować nie tyle działanie skanera, ile informacje jakie dostają użytkownicy w przypadku wykrycia zagrożenia wirusem. Microsoft Security Essentials nie tylko poprawnie wykrył zagrożenie, na moje żądanie je usunął, ale także udostępnił dodatkowe informacje on-line na stronach Microsoftu. Takie wsparcie bazą wiedzy bardzo się przydaje.

Nie był to test z prawdziwego zdarzenia, na taki pewnie przyjdzie jeszcze zaczekać, kiedy program ukaże się w finalnej wersji. Moje odczucia są bardzo pozytywne, bo żaden inny program antywirusowy do tej pory nie spowodował, że nie chcę go usuwać krótką chwilę po zainstalowaniu (tym samym przyznaję się, że do dnia dzisiejszego nie mialem zainstalowanego żadnego programu antywirusowego :) ).

Windows 7 na 128MB RAMu

23 Czerwiec 2009

Słyszałem, że z Siódemką można zejść nisko na sprzęcie, ale nie wiedziałem jak nisko. Sam doświadczyłem szybkiej instalacji i szybkiego działania wersji RC na Toshiba Portege M400 z 1GB RAM’u. Komputer ten, nie pierwszej już świeżości, nie nadawał się do pracy na Windows Vista i zalegał mi długo w szafce pod biurkiem, kiedy ja pracowałem już na nowym Lenovo W500.

Ale zupełnym zaskoczeniem był dla mnie news, w którym opisano test instalacji Windows 7 na … 128MB RAMu na komputerze z Pentium II 266MHz z kartą graficzną 1MB (kliknij by zobaczyć większą wersję):

Użytkownik hackerman1 z forum windowsclub.com nie tylko wypróbował 128MB, ale również próbował przeprowadzić test na komputerze z 64MB RAMu. Niestety, te testy się nie powiodły.

Jak widać, Windows 7 i na takim sprzęcie zainstalować się da. Inną kwestią jest co na takim systemie można zrobić i ile czasu to zajmuje, o czym autor testu już nie wspomina. Należy jednak odnotować, że Windows 7 osiąga prędkość, którą Windows Vista nie był w stanie osiągnąć, a według niektórych głosów, nawet Windows XP się nie udawało (mam tutaj na myśli swojego kolegę z biura, który instalował Windows 7 na netbooku z Dell’a).

Demokracja twitterowa

17 Czerwiec 2009

Clay Shirky wygłosił kilka dni temu w Waszyngtonie wykład o tym dlaczego Internet, a w szczególności Facebook, grupy dyskusyjne, YouTube, Twitter czy strona kampanii wyborczej Baracka Obamy zmieniły świat mediów i komunikacji i zmieniły obraz w jaki postrzegamy demokrację.

Kim jest wykładowca? Clay Shirky ukończył Yale. Jest amerykańskim pisarzem, konsultantem i nauczycielem specializującym się w społecznych i ekonomicznych efektach technologii internetowych. Teksty Claya ukazywały się m.in. w New York Times, Wall Street Journal, Harvard Business Review czy Wired.

Wykład z serii TED@State, czas trwania: 17 minut, język: amerykański angielski

Microsoft z końcem roku zamyka beta projekt o nazwie adCenter Analytics. W marcu został rozesłany email do wszystkich użytkowników adCenter Analytics, w którym poinformowano o zaprzestaniu dalszych prac nad projektem. Od marca nie przyjmowano już nowych zgłoszeń do programu, a z dniem 31 grudnia 2008 2009 serwis nie będzie już zliczał wejść na strony www.

adCenter Analytics wystartował w październiku 2007 pod kodową nazwą Gatineau. Projekt był efektem zakupu firmy DeepMetrix Corporation przez Microsoft w 2006 roku. Od początku był częścią platformy reklamowej Microsoft o nazwie adCenter. Projekt miał być konkurencją do Google Analytics.

Używałem adCenter Analytics w okresie od połowy listopada 2007 do połowy lipca 2008 i od początku września 2008 do 15 czerwca 2009, czyli do dzisiaj. Od godziny 14:00 GMT Microsoft adCenter Analytics nie zlicza już wejść na ITblog. Powinno to przyspieszyć ładowanie się strony, ponieważ był to jeden z najdłużej łądujących się elementów wg. moich badań kilka tygodni temu.

Pokusiłem się dzisiaj o analizę porównawczą Google Analytics i adCenter Analytics, ale już na starcie zakończyła się klęską. Na stronie Microsoft otrzymywałem błąd

The selected reports does not support custom date range selection. The selected period has been reverted to the current week

kiedy próbowałem wybrać własny zakres dat dla generowania raportu. To skutecznie przeszkadzało w dokonywaniu jakichkolwiek porównań obu platform.

Jednak nawet te dane, które były dostępne nie różniły się znacząco od Google Analytics. Były w kilku miejscach niższe, co można byłoby wytłumaczyć problemami z dostępem do serwerów adCenter Analytics z niektórych hostów gości tego bloga.

Moje ogólne wrażenia z użytkowania produktu Microsoftu były dobre, ale nie rewelacyjne. Strona ładowała się dość opornie, często używane wykresy 3D nie były użyteczne tak jak 2D, wielkość bounce rate różniła się znacznie z tym, co widziałem w Google Analytics, a co ważniejsze system nie zliczał małego procent wejść (zauważyłem braki od 0.39 do 1.50% w porównaniu do konkurencji).

Bardzo chętnie przeczytam Wasze opinie o tym produkcie.

Bodajże amerykański CNET jako pierwszy podał informację, że Microsoft planuje wypuszczenie Windows 7 bez przeglądarki Internet Explorer 8 na terytorium Europy (konkretnie Unii Europejskiej). Temat podchwyciły inne media, telewizje i prasa. Twitter aż huczał wczoraj i dzisiaj od tego tematu i ludzie zachodzili w głowę o co dokładnie chodzi.

Komisja Europejska przed wieloma laty zarzuciła Microsoftowi, że ten łamie prawo do konkurencji włączając IE i Windows Media Player do swojego systemu operacyjnego. Kara finansowa i groźba kolejnych procesów spowodowała, że Microsoft zdecydował się na wypuszczenie Windows XP w specjalnej wersji – N – bez Windows Media Player. Artykuł KB886540 dokładnie określa czego wersja N nie może robić.

Tym razem, przy okazji wypuszczania nowego systemu na rynek, Microsoft zdecydował, że przeglądarka Internet Explorer nie będzie częścią systemu operacyjnego. To kolejny krok w celu podporządkowania się zaleceniom Komisji Europejskiej i uniknięcia kar finansowych.

Jak podkreślił to Zbyszek Braniecki z Mozilli: „mam poważne wątpliwości, czy wydawanie w 2009 roku systemu operacyjnego bez przeglądarki jest dobre dla użytkowników”. Microsoft nie opublikował jeszcze żadnych informacji o rozwiązaniach alternatywnych ani nie opublikował konkretnych planów dotyczących W7 i IE8. Nawet jeśli IE8 nie będzie dostępny w Windows7, to użytkownik musi mieć opcję ściągnięcia jakiejkolwiek przeglądarki albo mieć do wyboru kilka, tak by mógł wybrać, której używać.

To są jedynie spekulacje, które mam nadzieję niedługo się rozwieją.

Do tego czasu polecam oficjalne stanowisko Microsoftu w tej sprawie:

i odpowiedź Komisji Europejskiej, która wręcz sugeruje, z jakiego rozwiązania skorzystać („the Commission had suggested to Microsoft that consumers be provided with a choice of web browsers”)

Oprogramowanie na komórki kupuję rzadko. Pierwsze i jak do tej pory ostatnie pieniądze na oprogramowanie, które zainstalowałem na swój telefon, wydałem ledwie 3 lata temu. Pamiętam, że był to bodajże kontroler iTunes komunikujący się z komputerem poprzez Bluetooth.

Od tego czasu zdarzyło mi się kilka programów testować, ale nigdy kupić.

Platforma Windows Mobile daje możliwość korzystania z aplikacji, które piszą pracownicy mojej firmy, a także możliwość sprawdzenia co produkują nasi partnerzy. Jednym z tych partnerów jest firma Spb Software.

Firma Spb Software jest znana m.in. z „nakładek” na Windows Mobile 6.0 i 6.1 zmieniające sposób komunikowania się z telefonem. Ich najbardziej znanym programem jest Spb Mobile Shell, który w ostatniej wersji 3.0 jest po prostu rewelacyjny.

Dzięki temu, że Spb Software jest partnerem Microsoftu, mogłem zainstalować ich oprogramowanie za darmo na mojej komórce. Zainstalowałem Spb Mobile Shell, Spb Weather, Spb Time i Spb Wireless Monitor. Jeśli do pierwszych trzech miałem dobre wyczucie co do ich funkcjonalności, tak Spb Wireless Monitor zainstalowałem głównie z ciekawości.

Była to końcówka kwietnia, kiedy Spb Wireless Monitor zaczął kolekcjonować dane dot. mojego korzystania z Internetu przez sieć komórkową, WiFi a także USB. Do tych dwóch ostatnich nie przywiązywałem dużej wagi, ale kolekcjonowanie danych dla przesyłu przez sieć komórkową z czasem coraz bardziej zaczynało mi się podobać.

Po kilku tygodniach uzbierałem tak dużo danych, że zauważyłem, że nie wykorzystuję całej puli przydzielonych mi MB (za które płacę) i mogę zmienić swój abonament, by dostosować go do moich wymagań.

Okazało się, że miesięcznie przesyłam około 100MB danych. Najwięcej zużywam na:

  • sprawdzanie poczty z 3 kont pocztowych – firmowego i dwóch prywatnych – 59% transferu (natychmiastowa synchronizacja z Exchange, dwa konta POP3 co 15 minut)
  • oglądanie filmów z YouTube – 15%
  • przeglądanie stron za pomocą IE czy Opery to około 8%
  • Active Sync zużywa 7%
  • klient Twittera (TinyTwitter) – 5%
  • Google Maps – 0.5%

Jak widać, mój telefon to głównie maszynka do odbierania i wysyłania poczty. Dlatego też go kupiłem i dlatego też ma klawiaturę QWERTY.

Zmieniłem abonament na odpowiadający przsyłowi danych w wysokości 100MB i na efekt nie trzeba było długo czekać – po pierwszym miesiącu zaoszczędziłem aż 100 Euro.

Kiedy kupowałem telefon i wybierałem do niego abonament nie byłem w stanie ani określić ani przewidzieć jakiej wielkości dane będę przesyłał. 650MB wydawało mi się niewielką wartością w porównaniu do moich transferów w domu czy w pracy. Natomiast dzięki Spb Wireless Monitor nie dość, że udaje mi się to bardzo dobrze określić, udaje mi się także trzymać moje wydatki w ryzach i dostosowywać transfer do wymagań.

Tak jak wspomniałem, na pierwszym rachunku zaoszczędziłem 100 euro. Spb Wireless Monitor kosztuje niecałe 20$. Bilans jest jasny i klarowny. Jeśli ktoś zapytałby mnie czy warto ten program nabyć, odparłbym, że byłby to pierwszy program, jaki zainstalowałbym na swojej komórce zanim zacząłbym z niej korzystać.

To nie jest tekst reklamowy. Pomyślałem jedynie, że jeśli firma, która produkuje tak dobry soft, który pomógł mi zaoszczędzić kilka groszy i poznać swoje własne wymagania, powinna ode mnie dostać chociaż kilka dobrych słów.