Soft jest darmowy, bo płaci ktoś inny…
22 Styczeń 2010
Przyzwyczailiśmy się do tego, że oprogramowanie darmowe nic nie kosztuje. Ściągamy, instalujemy i korzystamy z darmowego oprogramowania za darmo. Tu nie ma ukrytych kosztów, małej czcionki, rachunków czy abonamentów.
Byśmy mogli korzystać z darmowego oprogramowania, ktoś je musi wcześniej zaprojektować, napisać i przetestować. Chwała tym, którzy robią to za darmo. Ale jak się okazuje, tych chwalebnych jest całkiem mało.
Na odbywającej się właśnie konferencji linux.conf.au (18-23/01/2010) w Wellington, Nowa Zelandia, Jonathan Corbet, założyciel lwn.net i programista jądra Linuxa przedstawił statystyki dotyczące źródeł powstawania jądra.
Okazuje się, że 18% programistów pracujących nad jądrami w wersjach od 2.6.28 do 2.6.32 nie robiło tego dla żadnej firmy. 7% programistów nie odpowiedziało na ankietę, natomiast aż 75% pisało kod, ponieważ było im za to płacone. Z tej grupy programiści Red Hat stanowili 12%, za programistami z Intela (8%), IBM i Novell (6% każdy) i Oracle (3%).
Każda z tych firm ma swój własny interes w rozwoju Linuxa. Na własne sposoby potrafią wykorzystać darmowe oprogramowanie z otwartym kodem do generowania przychodów.I dzięki temu, że potrafią na Linuxie zarobić mogą dalej rozwijać ten system.
Zaryzykuję twierdzenie, że bez firm takich jak Red Hat, Oracle, IBM, Intel czy Novell, Linux nie byłby tak szybko rozwijany jak dzisiaj. Innymi słowy, bez pieniędzy nie można tworzyć i rozwijać darmowego oprogramowania.
Do uzasadnienia tej tezy wykorzystam przykład z polskiego podwórka. Od 2007 roku dostępna jest pełna dokumentacja protokołu KSI do przekazywania danych do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. O upublicznienie dokumentacji walczył w sądzie Sergiusz Pawłowicz. Udało się. Ostateczne uzasadnienie wyroku i upublicznienie protokołu KSI miało miejsce w 2007 roku. Otworzyło to drogę do napisania alternatyw do preferowanego przez ZUS oprogramowania Płatnik, który jest dostępny tylko na system Microsoft Windows.
Od 2007 nie stało się nic. Żadna firma, żaden programista nie opublikował w pełni działającej, “produkcyjnej” wersji alternatywy dla ZUS’owskiego Płatnika. Kurzy się, rozwijany od 1999 roku, projekt Janosik. Strona janosik.net nie miała żadnych zmian do 2007 roku. Wiki Janosika ma artykuły “w opracowaniu”.
Walka środowiska wspierającego ruch wolnego oprogramowania poszła w gwizdek, bo nie było nikogo, kto zainwestowałby czas, a przede wszystkim pieniądze w rozwój alternatyw. Akcja jak najbardziej potrzebna, podkreślająca konieczność otwartych protokołów i technologii w administracji nie ma wsparcia biznesu. Przez to zostaje na łasce hobbystów i wieczornych, domowych programistów. A Ci, mają inne plany niż rozwijanie takich projektów jak Janosik.
Można mówić o straconym potencjale i szansie, której nikt nie wykorzystał. Ale jednocześnie można też mówić o problemie, z którym boryka się wolne oprogramowanie: brak wsparcia biznesu, brak źródła finansowania, co z kolei zabija rozwój.
Walka z piractwem jest nieopłacalna?
30 Grudzień 2009
Brytyjski odpowiednik polskiego ZAIKS’a, BPI – British Phonographic Industry, ogłosiło w maju prognozę strat związanych z piractwem muzycznym. BPI na podstawie danych z firmy Jupiter przedstawia szacowane straty rynku muzycznego na 200 milionów funtów w 2009 roku. Jest to wzrost strat w porównaniu do roku poprzedniego o 20 milionów funtów.
By zapobiec piractwu rząd Wielkiej Brytanii pracuje nad prawem podobnym do francuskiego HADOPI. Jednak, jak szacuje największy dostawca Internetu w Wielkiej Brytanii – BT, koszt wprowadzenia monitoringu i innych opcji przewidzianych w proponowanym prawie kosztowałoby 365 milionów funtów rocznie, czyli 25 funtów rocznie od każdego użytkownika sieci.
W opublikowanym przez rząd brytyjski raporcie dane te są jeszcze wyższe. Roczny koszt prowadzenia tego prawa wyniósłby 500 milionów. Jednakże ten sam raport prognozuje wzrost sprzedaży płyt audio/wideo na poziomie 1.7 miliarda funtów w przeciągu 10 lat.
Jeśli do prognozy można podejść z dużą rezerwą, tak wyliczenia BT mają mocne podstawy rachunkowe.Wniosek z tego taki, że w UK nie opłaca się walczyć z piractwem, bo koszty takiej operacji przewyższą planowane na 2009 straty firm fonograficznych.
Piractwo zagości u nas na dłużej?
Źródła:
Belgia informatyzuje społeczeństwo oferując zniżki na zakup komputera i darmowy Internet
2 Grudzień 2009
Dostałem dzisiaj korespondencję od rządu belgijskiego z bardzo ciekawą ofertą. Minister ds. “uproszenia przedsiębiorczości” (nie cytujcie mnie, to bardzo dosłowne tłumaczenie z francuskiego) oferuje każdemu obywatelowi Belgii zniżkę na zakup komputera i darmowy dostęp do Internetu przez rok.
Oferta sprzętowa jest dosyć mała, ale zachęcająca by się jej przyjrzeć bliżej:
- podstawowy komputer biurowy Packard Bell, klawiatura, monitor, myszka za EUR422, ze zniżką EUR73, co daje EUR349
- bardziej zaawansowana konfiguracja z głośnikami od Packard Bell za EUR591, ze zniżką EUR102, co daje EUR489
- netbook (ASUS Eee, Packard Bell bądź MSI) za EUR470, zniżka EUR81, co daje EUR389
- laptop (HP bądź Packard Bell) za EUR603 – EUR104 = EUR499
Każdy komputer wyposażony jest w system operacyjny (brak informacji jaki) i niezbędne oprogramowanie do korzystania z Internetu (podobnie, brak informacji o jakie oprogramowanie dokładnie chodzi). Każda z tych 4 opcji zawiera bezpłatny abonament na Internet na rok z możliwością rozszerzenia (wygrania) aż 5 lat darmowego dostępu. Biorąc pod uwagę, że średni miesięczny koszt dostępu do Internetu w Belgii to wydatek około 25EUR, obywatel belgijski zaoszczędzi średnio EUR300/rok.
Choć w mojej opinii, komputery mogłyby być tańsze, bo nawet ze zniżką ich ceny zbliżone są do rynkowych, to nie można nie zauważyć, że Belgia bardzo aktywnie stara się zinformatyzować kraj.
Więcej (po francuski i holendersku):
Last.FM darmowe dla niektórych
26 Marzec 2009
Wczoraj w nocy właściciele Last.FM ogłosili plany wprowadzenia opłat subskrypcyjnych w wysokości 3EUR dla wszystkich klientów. Wyjątkiem są mieszkańcy Stanów Zjednoczonych, UK i Niemiec. Więcej tutaj.
Nie słucham Last.FM, nigdy nie byłem wielkim fanem, ale szanuje wybory innych osób. Jeśli ktoś słuchał tego “radia”, to nie widze powodów by jego amerykańscy, brytyjscy czy niemieccy koledzy byli faworyzowani.
Jeśli brak dostępności pewnych usług w niektórych krajach nie denerwuje mnie tak bardzo, tak różnicowanie na klientów płacących i tych, którzy mogą korzystać z tych samych usług za darmo, zagotowało mi krew w żyłach.
Pamiętacie akcję gazety.pl dot. iTunes zapoczątkowaną przez redaktora GW Konrada Niklewicza? Przypadek Last.FM zdaje się potwierdzać, że firmy mają za nic podstawowe wartości na jakich została stworzona Unia Europejska. Sądzę, że my, jako konsumenci mieszkający w Unii Europejskiej powinniśmy zainteresować sprawą Last.FM naszą panią komisarz ds. konkurencji Neelie Kroes i zwrócić uwagę na to złe traktowanie klientów.
To nie Last.FM, to Lost.FM.
WWW trudną sztuką jest
1 Czerwiec 2008
Za kilka godzin wybieram się do hrabstwa Donegal, trochę zdjęć porobić, przewietrzyć się i nabrać powietrza w płuca. Szukałem więc po Internecie ciekawych miejsc gdzie możnaby obiektyw zachaczyć i w oko rzucił mi się największy park narodowy Irlandii – Glenveagh National Park.
Mają miłą dla oka, choć piekielnie prostą stronę www pod adresem http://www.glenveaghnationalpark.ie. Niby nic wielkiego, jednak moim zdumionym oczom ukazał się taki widok podczas przechodzenia ze strony na stronę.
Strona główna, tytuł strony: Glenveagh National Park – Homepage
Po kliknięciu na Visit Us, tytuł strony: Glenveagh National Park – Visit Us
Po kliknięciu na Activities, tytuł strony: Ballycroy National Park – Activities
Po kliknięciu na Wildlife, tytuł strony: Ballycroy National Park – Wildlife
Po kliknięciu na History, tytuł strony: Glenveagh National Park – History
Po kliknięciu na Geology, tytuł strony: Ballycroy National Park – Geology
Po kliknięcu na About Us, tytuł strony: Gleanveagh National Park – About Us
Po kliknięciu na Photo Gallery, tytuł strony: Burren National Park – Photo Gallery
Po kliknięciu na Gardens, tytuł strony: Gleanveagh National Park – Gardens
Dla osób, które nie znają Irlandii wyjaśnię obrazkowo gdzie znajdują się trzy wymienione parki:
Następnie, wiedziony przeczuciem zajrzałem na dwie pozostałe strony, parków Ballycroy i Burren. Oto zestawienie wszystkich trzech:
Widzicie podobieństwo? Pochodziłem po linkach na wszystkich 3 stronach, ale tylko ta o parku Glenveagh miała takie kfiatki. Dodatkowo, strona Activities na stronie Ballycroy jest pusta, ale ta na Glenveagh zawiera dość dobrze opisane trasy wycieczek. Czy czytelnik ma tu rozumieć, że komuś się pomieszało i zamiast na Ballycroy treść trafiła do Gleanveagh czy też to jedynie zły <title></title>?
Wszystkie trzy zostały stworzone dla Ministerstwa Środowiska, Dziedzictwa i Samorządów Irlandii (oryginalna nazwa: Department of the Environment, Heritage & Local Government). Jeśli takie dziedzictwo przekazują o środowisku lokalne samorządy, to z ciekawością poczytam inne strony.
Czy w Polsce strony rządowe/samorządowe mają podobne albo ciekawsze problemy?
Irlandzki wirus
28 Kwiecień 2008
Pomimo, że Irlandia stała się głównym europejskim hubem takich firm jak Microsoft czy Dell, świadomość kraju jako zacofanego w technologii wciąż pokutuje w świadomości wielu osób. Przykład poniżej:

Niestety ten humor jest tak bliski prawdy, iż jest dla Irlandczyków, czy imigrantów mieszkających na Zielonej Wyspie, zupełnie nie do śmiechu. Pisałem kiedyś o sytuacji z bankowością elektroniczną. Napiszę to po raz kolejny: mBank jest o co najmniej 10 lat bardziej zaawansowany niż najlepszy w bankowości elektronicznej bank AIB czy Bank of Ireland. A to jedynie przykład.
Ostatnie doniesienia o kradzieży 4 laptopów zawierających dane tysięcy klientów banku BoI jedynie potwierdza tezę, że postęp technologiczny nie jest temu krajowi dany na tacy – szyfrowanie, technologie webowe – gdzieś dzwoniło, choć nie wiadomo w którym kościele.
W niedługim czasie będę miał gotowe porównanie zaawansowania eGovernment w krajach UE + kraje kandydujące. Już teraz, w 75% wykonania statystyka ta wygląda bardzo ciekawie, aż zacieram ręce by zobaczyć ją gotową.
Dlaczego jestem anti-social?
7 Styczeń 2008
Moja antyspołeczna i antysocjalna postawa bierze się z braku akceptacji idei Internet social networking jako metody komunikacji i utrzymywania relacji z innymi ludźmi. Pozwolę sobie napisać kilka słów dlaczego tak jest.
Kiedy założyłem swój profil na facebook.com, sądziłem że strona pozwoli mi znaleźć starych znajomych, może nieco odświeżyć zakurzone już relacje, poznać nowych ludzi. Zainstalowałem kilka aplikacji, które w moim mniemaniu miały zbliżyć mnie do tego celu. Jednak ilość informacji, jakie były wymagane przy ich instalowaniu zaczęła budzić moje podejrzenia i obawy w jakim celu są one zbierane, jak są przetrzymywane i wykorzystywane. Moi znajomi (po kilku miesiącach zebrała się ich całkiem duża grupa, niekoniecznie starych znajomych, ale także osób, które widywałem na codzień albo siedzących naprzeciwko mojego biurka!) wysyłali mi zaproszenia do zainstalowania kolejnych aplikacji, w których mogłem określić co i kiedy lubię pić, jakim samochodem jeżdżę, jaką lubię kawę, czy jestem wampirem czy wilkołakiem (sic!), program do tworzenia listy ulubionych filmów i piosenek, inne wersje aplikacji “wall”, dzięki której można pisać ludziom na ich profilach – po prostu zostawiając tam wiadomości. Czasami aplikacja “wall” nie działała jak trzeba i wydawało mi się, że otrzymywałem wiadomości, które niekoniecznie były adresowane do mnie (vide: Czytaj cudzą pocztę na Facebook.com, ITblog, 31/07/2007).
Wszystkie te aplikacje powodowały, że coraz bardziej i bardziej dzieliłem się informacjami o samym sobie z całym światem, a cel który chciałem osiągnąć wcale tego nie wymagał, bo sprowadzał się do zapisania … adresu email.
Domyślnie mój profil był dostępny do wglądu dla każdej osoby zarejestrowanej w systemie. Dopiero ręczne ustawienie poziomu “bezpieczeństwa”, cokolwiek to z bezpieczeństwem moim czy moich danych miało wspólnego, pozwoliło mi być dostępnym “tylko dla znajomych”, bądź pokazywać jedynie pewną część moich danych innym osobom. Jednak każda z aplikacji, które instalowałem wymagała osobnej konfiguracji, każda wymagała “zaufania” i dostępu do pozostałych moich danych. W dodatku natarczywość informacji wymagała prawie codziennych wizyt na stronie i chciał czy nie chciał, czytania o tym, że John już nie jest singlem, Michelle najchętniej pije szampana ale tylko w piątki, Anna jest zmęczona po podróży do Belgii i temu podobne. By pozbyć się tych natręctw konieczne było, znów, ręczne konfigurowanie powiadomień.
Nie wyobrażałem sobie gorszej sytuacji, więc zebrałem emaile osób, z którymi chciałem dalej korespondować i zniknąłem z facebook.com tak szybko jak się tam pojawiłem. Gdzieś w myślach kołacze mi się jednak pytanie, czy wszystkie moje dane zniknęły z serwisu, czy też wciąż zalegają w jego mrocznych zakamarkach dysków.
Wtedy wielką falą nadeszła nasza-klasa.pl. Wszyscy tak się tym serwisem zachwycili, że Pan Gąbka został najsłynniejszą personą roku 2007-go w Polsce (jego sława dotarła także na Zieloną Wyspę). Niech mi będzie wolno powiedzieć: nie mam nic przeciwko spotkaniom klasowym, kontaktom z ludźmi, z którymi ostatni raz widziałem się 14 lat temu, ale cała Polska nie musi wiedzieć, że np. w 7-mej czy 6-tej klasie chodziłem w kraciastej koszuli i w okularach na pół twarzy (zjawisko fikcyjne). Ja sam nie muszę i co najważniejsze – nie chcę czytać podpisów pod zdjęciami w stylu “z Misiem na Kanarach, z największym Skarbkiem mojego życia w Paryżu, z cudowną Pysią w Indiach, z Mężulkiem w naszym salonie” (cytat z bloga In Dublin fair city…, Nasza Klasa, czyli kij w mrowisko, 06 stycznia 2008), które pokazują roztyłego faceta przed 30-tką, w dodatku w samych slipach. Jeśli i nawet to nie było tak złe, na jakie by mogło wyglądać, to przeraziła mnie sieć relacji i powiązań, jakie się tam w naturalny sposób wytworzyły.
Zagram teraz jak były premier, pan Jarosław K., który w wywiadzie dla Wprost opisywał spotkania w parku ze swoimi ministrami i zachowam się trochę, odrobinę paranoicznie. W takiej sieci powiązań jaką jest nasza-klasa.pl czy facebook.com, każdy może odnaleźć dowolną osobę, dowiedzieć się o niej najdrobniejszych szczegółów, poznać jej adres zamieszkania czy numer telefonu. A wszystko to zadając jedynie odpowiednie pytania do osób, które chodziły do tej samej szkoły w podobnych latach co ja, pracują w tej samej firmie, gdzie pracuję bądź pracowałem, czy w tym samym mieście, gdzie mieszkam bądź mieszkałem.
W świecie bez Internet social networking dotarcie do tych samych informacji byłoby znacznie trudniejsze i wymagałoby umiejętności policyjnych czy też dostępu do informacji, które posiada jedynie administracja rządowa, samorządowa bądź sama policja. W Internecie wystarczy założyć konto na nasza-klasa.pl czy w podobnym tego typu miejscu.
Wysunę odważną tezę, że facebook.com czy nasza-klasa.pl czy inny tego typu serwis kiedyś “pęknie” i do Internetu przedostaną się informacje, których użytkownicy tych serwisów nie chcieliby czytać na publicznych grupach dyskusyjnych. I obawiam się, że choćby najdoskonalej przestrzegana Ustawa z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych, Dz.U. 1997 nr 133 poz. 883 czy Data Protection Act, 1988 może nie wystarczyć by użytkowników przed taką katastrofą zachować. I będę dalej paranoiczny w swoich tezach i napiszę, że świat w którym wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, gdzie informacja może być wykorzystana jako broń, gdzie baliśmy się, że państwa, rządy i urzędy skarbowe będą wiedziały o nas wszystko, może zmaterializować się szybciej niż się tego spodziewaliśmy. A co gorsza, sami sobie taki świat stworzymy – za naszym przyzwoleniem, po kilku kliknięciach myszką, kilku przyciskach Approve.
Będę dalej paranoiczny w swoich przekonaniach, a na pewno nie będę tak naiwny jak pan Clarkson (znany m.in. z programu Top Gear na BBC), który publikując w gazecie numer konta i numer rozliczeniowy banku (tzw. sort code) myślał, że nikt z jego konta nic wypłacić nie może. Pomylił się na £500. (źródło: artykuł na BBC News: Clarkson stung after bank prank). I moja paranoja nie wynika z faktu, że pracuję w dziale zajmującym się bezpieczeństwem i wirusami, choć “schorzenie” to jest tam bardzo przydatne. Stanie z boku i obserwacja pozwalają widzieć z nieco innej perspektywy, a co najmniej nieco szerszym kątem. Czego i innym życzę.
Poradnik o bezpieczeństwie na Facebook.com, napisany przez mojego znajomego: Blog The Daily Vend: A guide to Facebook’s security settings aka Facebook Security for the Unitiated!
Mój stary post na podobny temat: Zapomnij o anonimowości! z 29-go marca 2007.
Jeśli uważasz, że przesadzam albo mam rację, zostaw komentarz. Bardzo chętnie przeczytam głosy innych w tej dyskusji.
Polacy nie gęsi…
4 Październik 2007
…iż swój język mają. Zdawałoby się ten fragment z dzieł Mikołaja Reja powinien mieć największy posłuch i zastosowanie w miejscu, gdzie powstaje polskie prawo – w polskim Sejmie, a co za tym idzie na sejmowych stronach www, sejmowych bazach danych i podobnych źródłach.
Ot, taki przykład:
![]()
Strona sejmowa, baza danych ustawodawstwa polskiego. Czasami jednak pod tym adresem można spotkać taki kwiatek:

I znowu ignorancja wzięła górę. A gdyby tak kilka osób w dziale IT przepastnych izb sejmowych wykonało audyt systemu pod kątem zastosowania ISO-8859-2 czy Unicode, czy potrzebny by był na to ogromny budżet i publiczny przetarg?
Edycja 24/01/2009:
Komentarze wyłączone z powodu dużej ilości spamu.
Na wybory tylko z Excelem
25 Wrzesień 2007
Ambasada RP w Dublinie w związku ze zbliżającymi się wyborami (dla będących szczęśliwymi w niewiedzy: datowane na 21.10.2007), udostępniła na swojej stronie internetowej formularz za pomocą którego można zapisać się na listę wyborców. Pozostałe metody, te klasyczne, obejmują rejestrację osobistą bądź przez telefon.
Prawda, że doskonałe ułatwienie? Nic bardziej mylnego! Aby skorzystać z udostępnionego tam formularza należy posiadać Microsoft Excel*. Jak dobrze się orientuję, Excel nie jest już dostępny indywidualnie, a jedynie w pakiecie Office. Więc aby skorzystać z formularza z ambasady trzeba posiadać pakiet Microsoft Office. Pakiet Office działa tylko na Windows.
Czy ambasada promuje Microsoft czy też to zwykłe lenistwo i bezmyślność pracowników organów państwowych? Jedno i drugie, pożałowania godne.
Pisałem kiedyś o zasadach, jakimi powinna kierować się administracja rządowa i samorządowa: neutralność, otwartość, przejrzystość, dostępność. Będę pisał to dotąd, dopóki nie przyniesie to zamierzonego efektu.
*wersja alternatywna to posiadanie pakietu Open Office



