W ciągu kilku ostatnich lat nauczyłem się bardzo dobrej praktyki organizowania swojego czasu. Nauczyłem się jak zarządzać czasem tak, by przeznaczać go na to, co ważne i przestać robić to co nie jest ważne albo zminimalizować czas na to poświęcany. W ten sposób organizowałem swój czas w Microsoft, a ostatnio postanowiłem to przenieść na grunt życia prywatnego.

Od dłuższego czasu analizowałem co zajmuje mi mój czas. Odkryłem, że robię dużo rzeczy, które są bardzo czasochłonne a nie przynoszą mi nic albo przynoszą bardzo niewiele w zamian. Te czynności zostawiały mi bardzo mało czasu na to, co ważne dla mnie i dla mojej rodziny. Życie nie mieści się na ekranie komputera.

Do tych rzeczy zaliczyłem twitter, czytanie blogów na Google Reader, przyglądanie się Google Analytics, podążanie za newsami technologicznymi i blogowanie, by wymienić kilka.

Tym samym, jest to ostatni wpis na moim blogu. Od 1 marca ITblog spod adresu http://michal.osmenda.com nie będzie już dostępny.

Dziękuję wszystkim, którzy czytali co pisałem w czasie tych 5 lat i 3 miesięcy.

Road to nowhere?

Miałem napisać ten post wcześniej, ale chciałem nabrać dystansu do tego, czego się w Microsoft nauczyłem i czego się o tej firmie dowiedziałem. Ostatecznie, pewna refleksja pozwoliła mi ułożyć myśli i zastanowić się nad tym, co chcę powiedzieć. Jest to 100% subiektywna perspektywa i może (a nawet powinna) odbiegać od plotek na temat giganta z Redmond.

Słowem wstępu, należy mi napisać co łączyło mnie z Microsoft. W lutym i marcu 2006 przeszedłem przez serię rozmów kwalifikacyjnych i zostałem w kwietniu tego samego roku zatrudniony na stanowisku release support analyst w Microsoft EMEA Operations Centre (EOC) w Dublinie, Irlandia. W wielkim skrócie była to funkcja pomocy technicznej dla dwóch wewnętrznych systemów wspomagających proces wypuszczania oprogramowania na rynek. Z czasem moja funkcja ewoluowała, choć tytuł stanowiska pozostał bez zmian. Pożegnałem się z Microsoft we wrześniu 2009, by wyjechać do Belgii.

Oto lista niektórych rzeczy, których nauczyłem się w Microsoft bądź Microsoft nauczył mnie.
Read the rest of this entry »

W szale i uniesieniu wczorajszego Apple keynotes w San Francisco, dotychczasowi klienci firmy z logiem jabłuszka zostali tak oczarowani, że zapomnieli o wszystkich bolączkach produktów i oprogramowania, które Apple już na rynek wypuściło. W szale spowodowanym przez iPad na drugą bądź trzecią pozycję spadł temat ważny dla kilku milionów klientów Apple: iPhone OS 4.

Takie problemy jak brak wielozadaniowości czy brak możliwości modyfikacji ekranu “domowego” komórek spod znaku jabłka to duża uciążliwość (nie wspominając o upierdliwości posiadania drogiego Maka by zainstalować iPhone SDK). Wielozadaniowość była dostępna od czasów, gdy moi rodzice byli jeszcze w podstawówce (źródło), a popularność tej technologii rozprzestrzeniła się na komputerach osobistych wraz z systemami Windows (Windows 3.0, Windows NT) (źródło).

Jak na ironię, w 2010 roku Apple ogłasza światu cudo, które wciąż tej wielozadaniowości nie ma (źródło). Być może jest to cudowna maszynka do rozmnażania pieniędzy, ale dopóki nie jestem akcjonariuszem Apple, mało mnie to interesuje. Za to cisną mi się do ust trzy słowa: WTF?!

Do dzisiejszej refleksji skłoniła mnie wczorajsza lektura postu Pawła Golenia na blogu “Wampiryczny blog” pt. “Trochę więcej praktyki zamiast nobliwych lektur” oraz email od pewnego czytelnika tego bloga.

Zdarza się, że dostaję korespondencję od czytelników. Zdarza się także, że są to prośby o pomoc przy najróżniejszych problemach komputerowych. Nie jestem fanem takiej komunikacji, bo nie czuję się na siłach i w obowiązku pomagać w podobnych sytuacjach. Ale odpowiadam, jeśli rozwiązanie jest proste albo problem jest ciekawy.

Ale email, jaki otrzymałem wczoraj nie był ciekawy, a rozwiązanie można było znaleźć na pierwszej stronie wyświetlanej przez Google po wpisaniu odpowiedniego zapytania. Jednak to nie problem techniczny sprawił, że poczułem się jak Paweł z wampirycznego bloga, ale język i konstrukcja korespondencji.

Pozwolę sobie zacytować tę korespondencję, by dokładnie oddać jej przekaz. Zachowałem oryginalną treść wiadomości. Imię pozostanie do mojej wiadomości.

Witam, mam taki problem przy tworzeniu wirtualnego compa za pomocą Virtual PC 2007: “The network adapter with address “00:00:00:00:00:00″ of virtual machine “Neuer virtueller Computer” failed to initialize because the address is a null address.” Być może sprawa jest prosta ale za bardzo się nie znam
pozdrawiam, [imię]

Ta korespondencja dość dobrze wpisuje się w kanon “publikacji” na forach CentrumXP bądź podobnych portali “społecznościowych” nastawionych na wzajemną pomoc w problemach komputerowych. Charakteryzuje się powierzchownym przedstawieniem problemu i opisaniem absolutnej bezradności autora wypowiedzi. Brakujące pytanie o pomoc jest jakby zawieszone w powietrzu, przemykające między wierszami i jest tak oczywiste, że autor nie zadał sobie tego dodatkowego trudu.

Wczoraj zastanawiałem się czy odpowiedzieć na ten email, bo nie znajdywałem innej sensownej odpowiedzi niż “dziękuję za wiadomość”. Ale przecież wszyscy jesteśmy inteligentni i możemy się domyślać o co chodzi autorowi tej czy innej, podobnej wiadomości. Przecież odpowiedź podobna do “proszę sformułować pytanie” byłaby nie na miejscu, byłaby szczytem arogancji i pieniactwa, a w najlepszym przypadku przyczyniłaby się do porównań do prof. Miodka. Przecież nie możemy wymagać, by nasi rozmówcy posługiwali się poprawnym językiem polskim, skoro my, inteligenci, możemy wykorzystać nasze szare komórki do odszyfrowania tej papki słownej.

Yes, we can. Can’t we?

8. marca 2008 roku mała kanadyjska firma i4i wniosła do sądu w Teksasie pozew przeciwko Microsoftowi o bezprawne wykorzystanie technologii edycji dokumentów XML, którą to firma i4i opatentowała w 1998 roku (data uznania patentu). W sierpniu sąd w Teksasie skazał Microsoft na $290mln za naruszenie praw patentowych i zakaz sprzedaży produktów, które opatentowaną technologię wykorzystują. Bagatela, chodzi tutaj o Word z pakietu Office 2003 i Word z pakietu Office 2007. Microsoft odwołał się od wyroku, ale sąd federalny podtrzymał wyrok sądu z Teksasu. Z dniem 11. stycznia 2010 Microsoft ma przestać sprzedawać w USA Office 2003 i Office 2007 z technologiami firmy i4i. A sama firma i4i otrzyma pokaźną sumkę pieniędzy.

Do bitwy znów stanał Dawid i Goliat i to znów Dawid okazał się wygranym. Czy jednak na pewno? Dzisiaj przeczytałem kilka artykułów i komentarzy dot. tej sprawy i mam dość mieszane uczucia dot. tej i innych “wojen patentowych”.

W USA by zarejestrować patent trzeba zapłacić $10.000 [1] (zakładając, że Urząd Patentowy nie będzie miał żadnych wątpliwości co do dokumentacji i samego patentu). Koszty procesowe firmy i4i przeciwko Microsoftowi wyniosły $10mln. Microsoft nie podaje swoich kosztów, ale można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że były podobne, jeśli nie wyższe. Dla małej kanadyjskiej firmy zatrudniającej 30 osób, to nie jest koszt mały, a co najgorsze, wcale nie gwarantujący wygranej. Ostatecznie Microsoft wypłaci i4i $290mln, wypuści łatkę, która wyeliminuje opatentowaną funkcjonalność z Word’a 2003 i 2007 i od 11 stycznia będzie sprzedawał zmodyfikowane wersje. Przynajmniej do czasu, kiedy ukaże się Office 2010.

Loudon Owen, prezes i4i cytowany przez CNNMoney opowiedział, przez co jego firma i on sam musieli przejść przez ostatnie dwa lata. Dla małej firmy pozwanie takiego giganta jak Microsoft, oznacza totalne poświęcenie dla sprawy. Owen wymienił m.in problemy z samym zarejstowaniem w 1998 patentu. Rozpatrzenie sprawy zajęło Amerykańskiemu Urzędowi Patentowemu 4 lata (w przeciwieństwie do europejskich zasad zgłaszania patentów, w Ameryce wynalazki chronionę są już od momentu zgłoszenia, a nie ogłoszenia patentu). Procedura ta nie jest ani prosta, ani tania, powiedział Owen.

Zanim i4i podał Microsoft do sądu Owen i reszta pracowników musieli sami bardzo dokładnie i w analityczny sposób przedstawić jak Microsoft łamie ich patent. Następnie sami musieli ułożyć pozew, z którym udali się do prawników. Kiedy w grę wchodzi sądzenie się z takim gigantem jak Microsoft, niewielu jest adwokatów, którzy chętni są reprezentować mała firmę. Takiego wyzwania nie podejmie się mała kancelaria, a za dużymi zawsze stoją duże koszty.

W czasie trwania batalii prawnej Owen musiał kierować swoją niedużą firmą i zapewniać klientów, że pomimo walki prawnej z Goliatem firma ma przyszłość. Podobnie, w firmie musiał koić niepokoje pracowników co do przyszłości firmy i ich samych.

Sprawa została zgłoszona do sądu rejonowego w ponad 100tyś mieście Tyler w stanie Teksas. Wybór nie był przypadkowy. Ani i4i ani Microsoft nie mają tam oddziałów, a sąd w Tyler nie ma tak dużego doświadczenia w technologii, co np. sądy w Kaliforni (w oryginale: “folks in Tyler aren’t very technically oriented”).

Aby i4i wygrało sprawę i wyegzekwowało swoje prawa dot. zgłoszonego przez nich patentu musiało zainwestować mnóstwo czasu i pieniędzy. Musieli wynająć najlepszych prawników, wykorzystać brak doświadczenia sądu w Teksasie, a w międzyczasie przeżyć kontrataki Microsoftu i egzystować jako firma – dalej pisać i sprzedawać oprogramowanie. Mimo $290mln na osłodę warto zastanowić się czy taka ryzykowna batalia ma sens i czy jest warta takich poświęceń.

Dla i4i przegrana i poniesienie kosztów $10mln najprawdopodobniej oznaczałoby upadek. Dla Microsoftu $290mln kary nałożonej przez sąd to jedynie 1.42% planowanych na 2009 rok zysków [2] (bądź 4.77% rezerw w gotówce [3]). Prawnicy, których w Microsofcie jest cała armia – zarówno na stałe zatrudniona w firmie jak  i ta w wielu kooperujących kancelariach prawnych, toczą podobne bitwy patentowe jednocześnie na wielu frontach w USA czy w Europie. Dla i4i była to najprawdopodobniej największa i najbardziej kosztowna prawna batalia.

Przy takim porównaniu warto zastanowić się ile jest na świecie firm, które pomimo posiadania stosownych patentów nie stanęły i już nie staną w szranki z potęgami równymi Microsoftowi i nie będą dociekały swoich praw. Czy w takim wypadku nie podważamy sensu istnienia patentów? Czy przypadkiem nie powodujemy, że jedynymi wygranymi w wojnach patentowych są prawnicy i wielkie korporacje?

[1] CNNMoney Small Business: The pricey path to patenting an idea

[2] Microsoft 2009 Annual Report – highlights

[3] Microsoft 2009 Annual Report – Balance sheet

Więcej:

Źródło: How to sue Microsoft – and win na CNNMoney Small Business

Rok 2009. Statystyki.

24 Grudzień 2009

Mimo, że do końca roku zostało jeszcze 7 dni postanowiłem już dzisiaj przyjrzeć się statystykom oglądalności mojego bloga. I tak jak było to rok temu i teraz postanowiłem porównać analogiczne okresy lat 2008 i 2009 i spróbować wysnuć jakieś wnioski. Spróbować, ponieważ analiza oglądalności stron czytelników tego bloga może być czasami zaskakująca i nie pasująca do światowych trendów.

Poprzednie lata:

Read the rest of this entry »

Od dzisiaj użytkownicy IE w wersji 6.0 zobaczą na górze tej strony następującą informację:

Postanowiłem bardziej stanowczo przyłączyć się do akcji Stop IE6.

Jeśli klikając na poniższy link

widzisz informację o błędzie, to najprawdopodobniej oznacza, że Twoja przeglądarka nie wspiera IDN. Oznacza to, że nie zobaczysz stron, które mają polskie (bądź inne narodowe) znaki w swojej nazwie.

Z IDN aktywnie mam do czynienia dopiero od kilku dni (rejestracja domen), ale już zetknąłem się z dwoma przypadkami, kiedy IDN w nowoczesnych aplikacjach nie było wspierane. Jednym z tych programów była przeglądarka www na Google Android (HTC Magic, Android 1.6), a druga to Google Analytics. W pierwszej nie można otworzyć strony, która zawiera znaki narodowe, a w drugiej nie można strony dopisać do monitorowanych stron. Jak na Google, firmy która dba o standardy to bardzo kiepski wynik.

Jeśli chcesz pomóc w szerzeniu standardów wśród producentów przeglądarek i wydaje Ci się, że Twoja przeglądarka powinna mieć wsparcie dla IDN napisz w komentarzu nazwę i wersję swojego oprogramowania. Jeśli zetknąłeś się z aplikacją, która uznaje polskie znaki w nazwach domen za niepoprawne, napisz co to za aplikacja i podaj do niej URL (jeśli jest to aplikacja webowa).

Od wczorajszego postu zmieniło się tyle, że zamiast upierać się przy próbach rejestrowania subdomeny michał.osmenda.com zarejestrowałem xn--micha-o7a.osmenda.com. Czyli nieco obszedłem system, bo zacząłem uzywać jezyka maszynowego by się z maszyną porozumieć.

Jednak nie zmienia to mojej opinii, że firmy hostingowe powinny umożliwiać swoim klientom rejestrowanie domen w języku naturalnym, bez konieczności uprzedniej zamiany na punycode. To system zarządzający domenami powinien zamieniać nazwę domeny na odpowiedni zapis w kodzie ASCII.

Zatem od dzisiaj mój blog dostępny jest pod adresem

Projekt obsługi nazw domenowych zawierających inne, niż łacińskie znaki alfabetu (tj. np. ą, ć, ę, ł, ó, etc) istnieje już od 1996 roku. Projekt IDN – Internationalized domain name – zdobył sobie szerokie poparcie na całym świecie. W Polsce NASK wspiera rejestrowanie domen IDN od 2003 roku (info). W nazwa.pl bez problemu zarejestrujemy domenę z dowolnymi polskimi (bądź innymi) znakami (więcej).

Za IDN stoi prosty algorytm zamiany Unicode na 7 bitowy kod ASCII rozumiany przez serwery DNS. Dlatego też wpisana w przeglądarkę domena michał.osmenda.com zostanie zamieniona na postać http://xn--micha-o7a.osmenda.com. Charakterystyczne dla zapisu domen w tzw. algorytmie punycode jest użycie przedrostka xn-- po konwersji z Unicode do ASCII.

Większość przeglądarek internetowych obsługuje IDN. Wyjątkiem jest program IE6 (i wcześniejsze wersje), który wymaga plugin’u, by mógł zamieniać domeny ze znakami narodowymi na kod ASCII (więcej na stronie Microsoftu). To kolejny powód, by nie używać więcej tej wersji przeglądarki.

Dziś wykonałem test u swojego providera, firmy Blacknight. Chciałem zarejestrować pod-domenę michał.osmenda.com tak, by wskazywała na michal.osmenda.com (CNAME). Niestety, ich system nie pozwolił mi dopisać do DNS rekordu ze znakami wykraczającymi poza ASCSII. Blacknight już ponad rok temu pisał o domenach IDN (więcej). Z kolei we wrześniu firma pisała o wewnętrznych testach, tak by IDN był w pełni wspierany w ich systemie (więcej). Jak do tej pory ich testy nie przyniosły zadowalających dla klientów wyników.

Postanowiłem sprawdzić, czy więcej jest takich firm hostingowych, które mają problemy z trzymaniem się standardów. Zagłosuj w poniższej ankiecie by pokazać, czy masz problem z IDN w swojej firmie. W komentarzu napisz co to za firma. Być może poprzez czarny PR uda się skłonić malkontentów do zmiany praktyk.

Link: translator punny code