Byłem dzisiaj w Brukseli w banku (dla dobra tej instytucji nie wymienię nazwy tego banku). Złożyłem wniosek o otwarcie (kolejnego) konta i wydanie dwóch kart płatniczych dla mnie i mojej dziewczyny.

Ku mojemu zaskoczeniu w potwierdzeniu złożenia dyspozycji otrzymałem email z kolejnymi krokami do wykonania w celu zrealizowania mojego wniosku. W tym treści wiadomości był link służący do potwierdzenia mojego adres email. W przeszłości dostawałem korespondencję od tego banku zachęcającą mnie do różnych promocji.

Jakkolwiek wygodne mi się to wydało, tak cała gama niebezpieczeństw wyłaniająca się z praktyk korespondowania z klientami banku za pomocą wiadomości email jest jest jak puszka pandory. Phishing, kojarzy ktoś? Mój bank aż prosi się, by przyzwyczajeni do takiej formy komunikacji klienci zostali nabici w butelkę, a ich dane, a w najgorszym przypadku pieniądze został wykradzione.

Phishing jest przestępstwem, ale przechodzenie się po arenie pełnej byków z czerwoną płachtą na plecach to proszenie się o kłopoty. To w najlepszym przypadku głupota, choć i ta jest na równi niebezpieczna co niekompetencja i brak wyobraźni.

Po mojej blisko 5-letniej “przygodzie” w Irlandii, we wrześniu 2009 przyjechałem do Belgii. Mogliście o tym przeczytać w poście pt. “Koniec i początek“.

Początki w Belgii nie były proste. Tutejsze prawodawstwo wymaga, by osoba która ma zamiar zostać rezydentem zarejestrowała swój pobyt i zgłosiła wniosek o dowód osobisty (dokument identyfikacyjny). Dokument ten wymagany jest w przypadku osób pracujących bądź przybywających w kraju ponad 90 dni dowolnego z innego powodu (emerytura, studia, pobyt w szpitalu). Sam proces uzyskania dokumentu jest dość skomplikowany:

  • należy zarejestrować się w urzędzie pracy
  • trzeba przedstawić dowód na wynajem mieszkania
  • policja musi potwierdzić adres zamieszkania
  • a w przypadku osób, które dopiero szukają pracy dowody, że faktycznie się tej pracy szuka (w moim przypadku były to po prostu wydruki emaili, jakie wysłałem do firm w odpowiedzi na ogłoszenia o pracy)

I na koniec aplikacja jest wysyłana do stosownego ministerstwa i jest rozpatrzona w terminie do 5-ciu miesięcy. Jest jeszcze kilka przypadków, w których ten proces jest inny, mniej bądź bardziej skomplikowany w zależności od sytuacji petenta: własna działalność gospodarcza, dyplomata (a takich w Brukseli jest kilka, jeśli nie kilkanaście tysięcy), itp.

Na domiar złego, znalezienie pracy we francusko- i niderlandzkojęzycznym kraju osobie ze znajomością angielskiego i polskiego wcale nie jest proste. Można by przypuszczać, że Bruksela z jej międzynarodowymi organizacjami (m.in. UE, NATO) i korporacjami nie będzie miejscem, gdzie o pracę nie trzeba się długo starać. Błąd.

Pozwoliłem sobie wypisać moje inne błędy czy nietrafione opinie na temat belgijskiego rynku pracy.
Read the rest of this entry »

  • APN: mworld.be
  • Nazwa użytkownika: mobistar
  • Hasło: mobistar

Dostałem dzisiaj korespondencję od rządu belgijskiego z bardzo ciekawą ofertą. Minister ds. “uproszenia przedsiębiorczości” (nie cytujcie mnie, to bardzo dosłowne tłumaczenie z francuskiego) oferuje każdemu obywatelowi Belgii zniżkę na zakup komputera i darmowy dostęp do Internetu przez rok.

Oferta sprzętowa jest dosyć mała, ale zachęcająca by się jej przyjrzeć bliżej:

  • podstawowy komputer biurowy Packard Bell, klawiatura, monitor, myszka za EUR422, ze zniżką EUR73, co daje EUR349
  • bardziej zaawansowana konfiguracja z głośnikami od Packard Bell za EUR591, ze zniżką EUR102, co daje EUR489
  • netbook (ASUS Eee, Packard Bell bądź MSI) za EUR470, zniżka EUR81, co daje EUR389
  • laptop (HP bądź Packard Bell) za EUR603 – EUR104 = EUR499

Każdy komputer wyposażony jest w system operacyjny (brak informacji jaki) i niezbędne oprogramowanie do korzystania z Internetu (podobnie, brak informacji o jakie oprogramowanie dokładnie chodzi). Każda z tych 4 opcji zawiera bezpłatny abonament na Internet na rok z możliwością rozszerzenia (wygrania) aż 5 lat darmowego dostępu. Biorąc pod uwagę, że średni miesięczny koszt dostępu do Internetu w Belgii to wydatek około 25EUR, obywatel belgijski zaoszczędzi średnio EUR300/rok.

Choć w mojej opinii, komputery mogłyby być tańsze, bo nawet ze zniżką ich ceny zbliżone są do rynkowych, to nie można nie zauważyć, że Belgia bardzo aktywnie stara się zinformatyzować kraj.

Więcej (po francuski i holendersku):

Jeśli śledzicie ITblog, to na pewno wiecie, że pracowałem kiedyś w Irlandii i zdecydowałem się przenieść do Brukseli (notka). Od momentu moich przenosin aktywnie szukam zajęcia z Belgii. Kiedy tu przyjechałem miałem głowę pełną pomysłów, ambicji i nadziei, że w stolicy Europy nie będzie mi trudno znaleźć pracę. Po 49 dniach ambicje opadły, pomysły się kończą i została odrobina nadziei, że nie będę musiał wyjeżdżać z Belgii za pracą.

Jest dzień 49 szukania pracy. Do tej pory wysłałem 10 CV. Żadnej rozmowy kwalifikacyjnej, jeden telefon.

Dla mnie to pewnego rodzaju sprawdzian działania wspólnej Europa i otwartych granic. Czy osoba mówiąca płynnie w dwóch europejskich językach, z dyplomem europejskiej uczelni wyższej, z doświadczeniem pracy w międzynarodowych korporacjach może łatwo znaleźć pracę?

Tym razem (więcej) mam coś do powiedzenia w 140 znakach i postanowiłem do tego wykorzystać Twittera. Śledźcie mój profil o nazwie EUCitizen.

EUCitizen on Twitter

EUCitizen on Twitter

Koniec i początek

20 Sierpień 2009

Wielu z Was zauważyło, że w ostatnim czasie nie udzielałem się często na blogosferze. Mój blog, tak dotychczas aktywny, prawie zamarł przez lipiec i sierpień. Powody, które wyjaśnię poniżej będą rzutowały na tematykę i przyszłość tego bloga.

Pod koniec zeszłego roku ja i moja dziewczyna postanowiliśmy razem zamieszkać. Złożyło się to z sierpniowym wyjazdem Ani do Brukseli w związku z pracą, jaką wykonuje. Dlatego, kilka tygodni temu, pod koniec lipca zaczęliśmy akcję przenosin z Dublina i Warszawy do Belgii. Mimo tego, że Bruksela wypada dokładnie w środku trasy z Irlandii (Dublin) do Polski (Warszawa), całe zadanie nie było już tak proste w praktyce. Wiązało się nie tylko z przeniesieniem naszego dobytku między krajami, ale także z szukaniem mieszkania, formalnościami administracyjnymi, itp. To zajęło nam dużo czasu i choć minął już ponad miesiąc od mojego wyjazdu z Dublina, przenosin i urządzania się w nowym miejscu jeszcze nie możemy uznać za zakończone.

Przenosiny były jednym z powodów, dla których z dniem 1 września tego roku kończę pracę w irlandzkim oddziale Microsoft. Po ponad 3 latach pracy w dziale Release Services i blisko 5 latach pobytu na Zielonej Wyspie zamykam ten rozdział z sentymentem i poczuciem, że był to jeden z najbardziej ekscytujących i pełnych wyzwań okresów w moim życiu.

Co dał mi Microsoft i Irlandia opiszę w osobnej notce, bo jest kilka rzeczy, o których chciałbym napisać szerzej.

Przede mną nowy rozdział w życiu osobistym i zawodowym. Mam nadzieję, że powrócę szybko do częstego pisania bloga z nowymi, ciekawymi informacjami.