Windows 7 na 128MB RAMu

23 Czerwiec 2009

Słyszałem, że z Siódemką można zejść nisko na sprzęcie, ale nie wiedziałem jak nisko. Sam doświadczyłem szybkiej instalacji i szybkiego działania wersji RC na Toshiba Portege M400 z 1GB RAM’u. Komputer ten, nie pierwszej już świeżości, nie nadawał się do pracy na Windows Vista i zalegał mi długo w szafce pod biurkiem, kiedy ja pracowałem już na nowym Lenovo W500.

Ale zupełnym zaskoczeniem był dla mnie news, w którym opisano test instalacji Windows 7 na … 128MB RAMu na komputerze z Pentium II 266MHz z kartą graficzną 1MB (kliknij by zobaczyć większą wersję):

Użytkownik hackerman1 z forum windowsclub.com nie tylko wypróbował 128MB, ale również próbował przeprowadzić test na komputerze z 64MB RAMu. Niestety, te testy się nie powiodły.

Jak widać, Windows 7 i na takim sprzęcie zainstalować się da. Inną kwestią jest co na takim systemie można zrobić i ile czasu to zajmuje, o czym autor testu już nie wspomina. Należy jednak odnotować, że Windows 7 osiąga prędkość, którą Windows Vista nie był w stanie osiągnąć, a według niektórych głosów, nawet Windows XP się nie udawało (mam tutaj na myśli swojego kolegę z biura, który instalował Windows 7 na netbooku z Dell’a).

Adware z BIOS'u?

14 Styczeń 2009

Wpadła mi w ręce informacja dotycząca nieczystego zagrania pewnego dużego producenta komputerów przenośnych. Ze względu na toczącą się analizę problemu, nie ujawnię jego nazwy.
Na świeżo zainstalowanym systemie Windows Vista na komputerze od tego producenta, pokazało się okno Internet Explorera z reklamą pewnej usługi. Warto podkreślić, że nie był to obraz systemu, jaki zazwyczaj jest dostarczany z komputerem, ale świeża instalacja (nie tzw. OEM, ale FPP) wprost “z pudełka”. W grę nie wchodziły żadne programy, które mogły zainstalować się z Internetu. Poza systemem operacyjnym na komputerze nie było zainstalowane żadne inne oprogramowanie.

Dalsza analiza problemu pokazała, że niechciany software pochodził … z BIOS’u!

Amerykańska firma Absolute Software dostarcza rozwiązanie do ukrywania pewnego rodzaju oprogramowania wprost w BIOS’ie systemu. Oprogramowanie to, zwane Computrace, ma za zadanie namierzenie skradzionego komputera w momencie gdy jego nowy użytkownik połączy się z siecią Internet. System ten działa z powodzeniem w Stanach Zjednoczonych od 1997 roku. Stosuje go wielu znanych producentów systemów komputerowych (lista) – sugeruję sprawdzenie w swoim BIOS’ie.

Jednak firma Absolute Software dla jednego z tych producentów wykazała więcej inicjatywy i dostarczyła opcję wyświetlania reklam.

W 2006 roku program antywirusowy AVG znajdował w plikach rpcnetp.exe i rpcnetp.dll trojana. Nie pomagało usuwanie plików, używanie innych skanerów, ani nawet re-instalacja systemu. Pliki te zawsze “magicznie” pojawiały się w systemie po restarcie. Autorem tych dwóch plików jest firma Absolute Software (Computrace LoJack for Laptops) i pliki te były kopiowane z BIOS’u. Od tego czasu AVG już nie znajduje w tych dwóch plikach trojanów, ale jakby nie było, niesmak pozostał.

Problemów z tego rodzaju oprogramowaniem jest co najmniej kilka. Ale najbardziej niepokąjaca nie jest idea, że na naszych komputerach możemy mieć zainstalowane oprogramowanie, którego nie pozbędziemy się nawet stosując format dysku. Nawet jeśli Computrace stworzony został w zacnym celu, może okazać się przykry w skutkach, jeśli zostanie rozpracowany przez autorów malware.

Oryginalne okno z reklamą usługi Computrace. Wyciąłem nazwy i loga producenta oprogramowania.

Czekaliśmy, czekaliśmy i się doczekaliśmy. Steve Jobs na WWDC zaprezentował nowy telefon iPhone z 3G, GPS i dodatkami dla klientów korporacyjnych – m.in. klient Microsoft Exchange.

Uwaga, będę teraz spekulował – pod względem możliwości vs. design – nie ma na rynku produktu, który mógłby z iPhone konkurować. HTC TyTN II? Hm, nie. Któryś z modeli Nokii? Hm.., też nie. Palm? Blackberry? Żaden.

Eh, gdyby jeszcze tylko O2 w Irlandii obniżyło ceny i podniosło śmieszną barierę 1GB miesięcznie dla przesyłu danych to pewnie byłbym pierwszym z telefonem Apple w kieszeni, synchronizującym emaile z korporacyjnym Exchange na spotkaniu z innymi pracownikami … Microsoftu.

Apple iPhone w Irlandii dostępny będzie od 11 lipca.

Dygresja: czy popularność iPhone może przyczynić się do zwiększenia sprzedaży korporacyjnych systemów pocztowych jak Exchange? ;)

OK, skoro już pochwaliłem się, że moj nowy laptop do najsłabszych nie należy, chciałbym napisać jaki był powód jego nabycia.

Laptop to Lenovo T61p, dual core 2.60 GHz T9500, 4GB RAM, 120GB 7200RPM + 200GB 7200RPM (w disk bay), nVidia Quadro FX 570M z wyświetlaczem LCD o rozdzielczości 1920×1200 oraz pozostałe gadżety, jak wifi, bluetooth, gigabit ethernet, etc. Laptop pracuje głównie na Windows Server 2008 Ent x64 z Hyper-V.

Zaletą posiadania drugiego dysku przeznaczonego tylko na dyski wirtualne jest zmniejszenie walki o zasoby pomiędzy hostem a systemami-gośćmi. Normalnie, kiedy pliki dysków wirtualnych i system znajdują się na tym samym dysku fizycznym nasz OS będzie się "dzielił" dostępem do dysku z systemem-gościem pracującym na Hyper-V (lub Virtual Server, VirtualPC, VMWare). Tym samym przyspieszamy znacznie działanie maszyn wirtualnych, czyniąc dema czy szkolenia o wiele przyjemniejsze.

Obecnie mam zainstalowaną tylko jedną maszynę wirtualną do pracy z EPM – Project Server 2007, Project Portfolio Server 2007, Performance Server 2007 i SQL 2005 na Windows Server 2003. Muszę przyznać, że system pracuje całkiem przyzwoicie w porównaniu do mojej poprzedniej instalacji na Windows Vista 32bit, 4 GB RAM, jeden dysk 7200RPM i VirtualPC. Na marginesie dodam, że bazy dla Project Server z których korzystam można sobie ściągnąć ze strony Code MSDN. Przygotował je Chris Fiessinger, konsultant od spraw PS.

Chciałbym zapytać jakie są Wasze doświadczenia i porady dot. optymalizacji środowisk wirtualnych? Zostawcie komentarze, może uda nam się stworzyć idealne środowisko przenośne dla prezentacji i szkoleń.

Nie będzie dużo słów. Po prostu zamieszcze obrazek.

Jak w laptopie przyspieszyć pamięć, skoro jest już tam zainstalowana możliwie najszybsza?

Post jest częścią dalszą do mojej notki z 17 kwietnia.

Koń pociągowy

17 Kwiecień 2008

Mam zamiar kupić laptopa, który będzie zamiennikiem mojego domowego desktopa. Dodatkowo będę chciał go wykorzystywać do uruchamiania maszyn wirtualnych na VS2005. By sprostać oczekiwaniom potrzebuję maszyny z 4GB RAM, x64 CPU, dyskiem 7200RPM (pliki VHD i tak bede trzymal na szybkim zewnetrznym dysku twardym) i rozdzielczością min. 1400×900.

Zrobiłem w firmie małą sondę i większość opowiedziała się za Dell Latitude 830, po drodze wymieniając Lenovo T61p jako dobrą alternatywę, jedna osoba wspomniała Macbook Pro.

Czy ma ktoś inne pomysły? A może jakieś doświadczenia z którymś wymienionym powyżej?

Jedynie kilka niedużych firm do tej pory odczuło efekty wypuszczania na rynek oprogramowania niesprawdzonego pod kątem wirusów, ale to co przytrafiło się HP można będzie zaliczyć do klasyki gatunku.

Zgodnie z doniesieniami AusCERT z dnia dzisiejszego (07/04/2008, pierwsze informacje prasowe pochodzą z 03/04/2008) do niektórych serwerów z serii Proliant z dołączonym kluczem USB o wielkości 256MB lub 1GB (taki klucz jest opcjonalny przy zamówieniach serwera) może być dodany extra, zupełnie darmowo wirus W32.Fakerecy lub W32.SillyFDC. Zagrożonymi systemami są stare odmiany Windows: Windows 98, Windows 95, Windows XP, Windows Me, Windows NT, Windows 2000, a sam wirus jest praktycznie nieszkodliwy, jednak PR-hit jaki dział serwerowy firmy HP odczuje może okazać się znaczny.
Łatwo można sobie wyobrazić sytuację, w której na małej “kostce” pamięci USB zamiast małego i nieszkodliwego konia trojańskiego, schowa się coś bardziej “inteligentnego” i szkodliwego, na tyle niezauważalnego, by szybko rozprzestrzenić się po lokalnej sieci firmowej i dokonać znacznych zniszczeń.

Dla HP zapewniej taniej byłoby opracować procedury bezpieczeństwa i zbudować system automatycznego skanowania, mające na celu wyeliminowanie takich sytuacji, niż ponieść znaczne koszty rozpraw sądowych i całkiem ralnych przegranych.

W końcu kilka takich systemów na świecie istnieje, a ja admnistruję jednym z nich.

Planowy downtime a SLA

26 Marzec 2008

SLA, jako umowa między usługodawcą, a klientem może zawierać szereg uzgodnień dot. jakości usług. Jedną z nich jest, moim zdaniem bardzo ważna, definicja planowego downtime‘u.

Czym jest planowy downtime? Jest to czas, najczęściej w środku nocy, jaki jest wymagany przez administratorów systemów do instalacji nowego oprogramowania czy łatania już istniejącego, zmian konfiguracyjnych sprzętu i oprogramowania, które wymagają ponownego rozruchu i inne elementy, które w znaczny sposób zakłócą pracę serwisów, za które płaci klient (co oznacza obniżenie czasu dostępności usług).

Wiemy, że nasze systemy wymagają downtime’u od czasu do czasu. W przypadku Microsoftu, jest to min. raz w miesiącu (tzw. patch Tuesday), kiedy ukazują się krytyczne bądź ważne poprawki do systemów i aplikacji, które najczęściej wymagają restartu “łatanego” systemu. Przy założeniu, że byłoby to 10 minut w skali miesiąca na restart jednej maszyny daje to całkiem przyzwoity poziom 99.97717% dostępności w skali roku. To jest jednak sytuacja idealna, kiedy łatamy tylko system operacyjny. Gorzej jeśli po drodze mamy jeszcze Exchange, SQL, IIS i inne systemy. Czas potrzebny do zainstalowania wszystkich poprawek sięga wtedy 20 minut, 30 minut, etc, a nasz czas dostępności coraz bardziej się kurczy, a wydłuża się czas, kiedy aplikacja klienta nie działa.

Co zatem robić w przypadku, kiedy musimy poprawki instalować, a jednocześnie musimy zapewnić określoną przez SLA i bardzo wyżyłowaną dostępność na poziomie 99.99%? Można poradzić sobie dwojako: poprzez odpowiednią klauzulę w umowie o poziomie usług albo poprzez rozwiązania techniczne (clustering).

Opcja pierwsza dla klienta końcowego wygląda dość kuriozalnie: system nie działa, ale o tym wiem i się na to zgodziłem (planowy downtime) albo system nie działa, ale się na to nie godziłem (nieplanowany downtime) – tak czy inaczej, w obu przypadkach usługa kliencka jest niedostępna. To tak, jak kupić samochód i godzić się, że co miesiąc nasz silnik się wyłączy na 5 minut (lepiej byśmy nie byli wtedy na autostradzie).

Zawieranie klauzuli planowego downtime‘u w umowie SLA jest wg. mnie po prostu nieeleganckie i wprost pokazuje, że firma tnie koszty i nie chce inwestować w rozwiązania zapewniające ciągłą dostępność (jak wspomniany przeze mnie wyżej clustering). Jeśli jednak, usługodawcy zdecydują się na wykorzystanie technik HA (high availability), mogą szczycić się w umowach z klientami poziomem 5*9, czyli 99,999%, gdzie 0,001% jest już jedynie współczynnikiem ryzyka.

A co mają zrobić administratorzy i menedżerowie IT? Zasiąść za arkuszem kalkulacyjnym i zobaczyć czy ich firmę stać na rozwiązania HA i kiedy poniesiony koszt się zwróci. A zapewniam, prędzej czy później się zwróci.

Od mojego postu w sprawie “komputer dla każdego dziecka za 100$” minęło dwa lata z hakiem. Co się od tego czasu zmieniło? Nicholas Negroponte już nie pracuje na MIT (sam nie wiem, czy to lepiej dla niego, czy dla MIT), Intel z początku inwestujący w OLPC (One Laptop per Child) $6mln wycofał się z partycypacji w programie, w maju 2006 do akcji włączył się eBay, zapoczątkowując jeszcze “ciekawszy” pomysł $100 School Server, a pierwsza sugerowana cena $100 za laptop wzrosła do $199. To nic, przecież to tylko 99% więcej, prawda?

Z zainteresowaniem zakupem też na razie nie jest dobrze. Z 20 krajów zainteresowanych zakupem na razie jedynie 7 zmaterializowało swój zamiar, a kilka krajów z tej dwudziestki ma zamiar zmodyfikować swoje zamiary i wycofać się z projektu [1].

Dlaczego tak krytykuję ten projekt? Za jedynie $2000 można zbudować bibliotekę obsługującą 400-500 dzieci ($5 na głowę), pełną książek w różnych językach. Książek, które potrafią rozbudzić fantazję i ambicję każdego dziecka, nauczyć bogatego słownictwa i kilku języków. Tego samego nie da laptop za $199, który trzeba od czasu do czasu podłączać do prądu, co w niektórych krajach może być nie małym problemem. Przy świeczce w środku lasu da się czytać. Jeśli książka się zamoczy, to można ją wysuszyć. Książki nikt nie ukradnie, w książce nie pęknie ekran, nie trzeba prosić o pomoc techniczną. Książki nawet po 30 latach można ponownie przeczytać. Po 30 latach z klawiatury i twardego dysku niewiele pożytecznego można zrobić, a plastik, szkło, metal i inne elementy z których zbudowany jest laptop nie da się łatwo zmielić i ponownie wykorzystać, co można zrobić z papierem.

I nikt mi nie powie, że nie ma to jak laptop do poduszki…

The IT Room

14 Grudzień 2007

Ponad dwa lata temu, widziałem od środka jaka panikę i niezrozumienie wśród kadry zarządzającej Dell’a w Irlandii wywoływało słówko blog czy rss. Oba te słowa były kojarzone ze spadkiem produktywności, obciążeniem sieci, problemami z prawem, pracownikami którzy zamiast pracować blogują o niczym, albo piszą rzeczy, których Dell nie chciałby by wydostały się “na zewnątrz”.

Dwa lata temu Dell dojrzewał do pomocy technicznej w postaci chat’a na stronie www. Później, zupełnie nieoczekiwanie pokazała się strona Direct2Dell.com zawierająca posty pracowników Dell’a. Brakowało mi jednak czegoś, jakiegoś pazura, wyrazistości i siły przebicia.

Dziś zobaczyłem The IT Room. I choć jest to w moim mniemaniu odgrzewany kotlet, w dodatku spóźniony, jednak jest to powiew świeżego powietrza, nowego spojrzenia na IT, które Dell próbuje pokazać na rynku. Good job guys! IT nie jest śmiertelnie poważne i nie samą pomocą techniczną człowiek żyje…