Brytyjski odpowiednik polskiego ZAIKS’a, BPI – British Phonographic Industry, ogłosiło w maju prognozę strat związanych z piractwem muzycznym. BPI na podstawie danych z firmy Jupiter przedstawia szacowane straty rynku muzycznego na 200 milionów funtów w 2009 roku. Jest to wzrost strat w porównaniu do roku poprzedniego o 20 milionów funtów.

By zapobiec piractwu rząd Wielkiej Brytanii pracuje nad prawem podobnym do francuskiego HADOPI. Jednak, jak szacuje największy dostawca Internetu w Wielkiej Brytanii – BT, koszt wprowadzenia monitoringu i innych opcji przewidzianych w proponowanym prawie kosztowałoby 365 milionów funtów rocznie, czyli 25 funtów rocznie od każdego użytkownika sieci.

W opublikowanym przez rząd brytyjski raporcie dane te są jeszcze wyższe. Roczny koszt prowadzenia tego prawa wyniósłby 500 milionów. Jednakże ten sam raport prognozuje wzrost sprzedaży płyt audio/wideo na poziomie 1.7 miliarda funtów w przeciągu 10 lat.

Jeśli do prognozy można podejść z dużą rezerwą, tak wyliczenia BT mają mocne podstawy rachunkowe.Wniosek z tego taki, że w UK nie opłaca się walczyć z piractwem, bo koszty takiej operacji przewyższą planowane na 2009 straty firm fonograficznych.

Piractwo zagości u nas na dłużej?

Źródła:

8. marca 2008 roku mała kanadyjska firma i4i wniosła do sądu w Teksasie pozew przeciwko Microsoftowi o bezprawne wykorzystanie technologii edycji dokumentów XML, którą to firma i4i opatentowała w 1998 roku (data uznania patentu). W sierpniu sąd w Teksasie skazał Microsoft na $290mln za naruszenie praw patentowych i zakaz sprzedaży produktów, które opatentowaną technologię wykorzystują. Bagatela, chodzi tutaj o Word z pakietu Office 2003 i Word z pakietu Office 2007. Microsoft odwołał się od wyroku, ale sąd federalny podtrzymał wyrok sądu z Teksasu. Z dniem 11. stycznia 2010 Microsoft ma przestać sprzedawać w USA Office 2003 i Office 2007 z technologiami firmy i4i. A sama firma i4i otrzyma pokaźną sumkę pieniędzy.

Do bitwy znów stanał Dawid i Goliat i to znów Dawid okazał się wygranym. Czy jednak na pewno? Dzisiaj przeczytałem kilka artykułów i komentarzy dot. tej sprawy i mam dość mieszane uczucia dot. tej i innych “wojen patentowych”.

W USA by zarejestrować patent trzeba zapłacić $10.000 [1] (zakładając, że Urząd Patentowy nie będzie miał żadnych wątpliwości co do dokumentacji i samego patentu). Koszty procesowe firmy i4i przeciwko Microsoftowi wyniosły $10mln. Microsoft nie podaje swoich kosztów, ale można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że były podobne, jeśli nie wyższe. Dla małej kanadyjskiej firmy zatrudniającej 30 osób, to nie jest koszt mały, a co najgorsze, wcale nie gwarantujący wygranej. Ostatecznie Microsoft wypłaci i4i $290mln, wypuści łatkę, która wyeliminuje opatentowaną funkcjonalność z Word’a 2003 i 2007 i od 11 stycznia będzie sprzedawał zmodyfikowane wersje. Przynajmniej do czasu, kiedy ukaże się Office 2010.

Loudon Owen, prezes i4i cytowany przez CNNMoney opowiedział, przez co jego firma i on sam musieli przejść przez ostatnie dwa lata. Dla małej firmy pozwanie takiego giganta jak Microsoft, oznacza totalne poświęcenie dla sprawy. Owen wymienił m.in problemy z samym zarejstowaniem w 1998 patentu. Rozpatrzenie sprawy zajęło Amerykańskiemu Urzędowi Patentowemu 4 lata (w przeciwieństwie do europejskich zasad zgłaszania patentów, w Ameryce wynalazki chronionę są już od momentu zgłoszenia, a nie ogłoszenia patentu). Procedura ta nie jest ani prosta, ani tania, powiedział Owen.

Zanim i4i podał Microsoft do sądu Owen i reszta pracowników musieli sami bardzo dokładnie i w analityczny sposób przedstawić jak Microsoft łamie ich patent. Następnie sami musieli ułożyć pozew, z którym udali się do prawników. Kiedy w grę wchodzi sądzenie się z takim gigantem jak Microsoft, niewielu jest adwokatów, którzy chętni są reprezentować mała firmę. Takiego wyzwania nie podejmie się mała kancelaria, a za dużymi zawsze stoją duże koszty.

W czasie trwania batalii prawnej Owen musiał kierować swoją niedużą firmą i zapewniać klientów, że pomimo walki prawnej z Goliatem firma ma przyszłość. Podobnie, w firmie musiał koić niepokoje pracowników co do przyszłości firmy i ich samych.

Sprawa została zgłoszona do sądu rejonowego w ponad 100tyś mieście Tyler w stanie Teksas. Wybór nie był przypadkowy. Ani i4i ani Microsoft nie mają tam oddziałów, a sąd w Tyler nie ma tak dużego doświadczenia w technologii, co np. sądy w Kaliforni (w oryginale: “folks in Tyler aren’t very technically oriented”).

Aby i4i wygrało sprawę i wyegzekwowało swoje prawa dot. zgłoszonego przez nich patentu musiało zainwestować mnóstwo czasu i pieniędzy. Musieli wynająć najlepszych prawników, wykorzystać brak doświadczenia sądu w Teksasie, a w międzyczasie przeżyć kontrataki Microsoftu i egzystować jako firma – dalej pisać i sprzedawać oprogramowanie. Mimo $290mln na osłodę warto zastanowić się czy taka ryzykowna batalia ma sens i czy jest warta takich poświęceń.

Dla i4i przegrana i poniesienie kosztów $10mln najprawdopodobniej oznaczałoby upadek. Dla Microsoftu $290mln kary nałożonej przez sąd to jedynie 1.42% planowanych na 2009 rok zysków [2] (bądź 4.77% rezerw w gotówce [3]). Prawnicy, których w Microsofcie jest cała armia – zarówno na stałe zatrudniona w firmie jak  i ta w wielu kooperujących kancelariach prawnych, toczą podobne bitwy patentowe jednocześnie na wielu frontach w USA czy w Europie. Dla i4i była to najprawdopodobniej największa i najbardziej kosztowna prawna batalia.

Przy takim porównaniu warto zastanowić się ile jest na świecie firm, które pomimo posiadania stosownych patentów nie stanęły i już nie staną w szranki z potęgami równymi Microsoftowi i nie będą dociekały swoich praw. Czy w takim wypadku nie podważamy sensu istnienia patentów? Czy przypadkiem nie powodujemy, że jedynymi wygranymi w wojnach patentowych są prawnicy i wielkie korporacje?

[1] CNNMoney Small Business: The pricey path to patenting an idea

[2] Microsoft 2009 Annual Report – highlights

[3] Microsoft 2009 Annual Report – Balance sheet

Więcej:

Źródło: How to sue Microsoft – and win na CNNMoney Small Business

Po mojej blisko 5-letniej “przygodzie” w Irlandii, we wrześniu 2009 przyjechałem do Belgii. Mogliście o tym przeczytać w poście pt. “Koniec i początek“.

Początki w Belgii nie były proste. Tutejsze prawodawstwo wymaga, by osoba która ma zamiar zostać rezydentem zarejestrowała swój pobyt i zgłosiła wniosek o dowód osobisty (dokument identyfikacyjny). Dokument ten wymagany jest w przypadku osób pracujących bądź przybywających w kraju ponad 90 dni dowolnego z innego powodu (emerytura, studia, pobyt w szpitalu). Sam proces uzyskania dokumentu jest dość skomplikowany:

  • należy zarejestrować się w urzędzie pracy
  • trzeba przedstawić dowód na wynajem mieszkania
  • policja musi potwierdzić adres zamieszkania
  • a w przypadku osób, które dopiero szukają pracy dowody, że faktycznie się tej pracy szuka (w moim przypadku były to po prostu wydruki emaili, jakie wysłałem do firm w odpowiedzi na ogłoszenia o pracy)

I na koniec aplikacja jest wysyłana do stosownego ministerstwa i jest rozpatrzona w terminie do 5-ciu miesięcy. Jest jeszcze kilka przypadków, w których ten proces jest inny, mniej bądź bardziej skomplikowany w zależności od sytuacji petenta: własna działalność gospodarcza, dyplomata (a takich w Brukseli jest kilka, jeśli nie kilkanaście tysięcy), itp.

Na domiar złego, znalezienie pracy we francusko- i niderlandzkojęzycznym kraju osobie ze znajomością angielskiego i polskiego wcale nie jest proste. Można by przypuszczać, że Bruksela z jej międzynarodowymi organizacjami (m.in. UE, NATO) i korporacjami nie będzie miejscem, gdzie o pracę nie trzeba się długo starać. Błąd.

Pozwoliłem sobie wypisać moje inne błędy czy nietrafione opinie na temat belgijskiego rynku pracy.
Read the rest of this entry »

Mininova tylko legalna

27 Listopad 2009

Od wczoraj tylko odnośniki do legalnych plików mogą być publikowane na bittorentowym serwisie Mininova. Właściciele serwisu podporządkowali się wyrokowi sądu z Utrechtu z sierpnia tego roku i usunęli wszystkie odnośniki do filmów, muzyki i oprogramowania chronionego prawem autorskim. To z pewnością smutny dzień dla wszystkich użytkowników protokołu bittorrent wymieniających się nielegalnymi plikami, ale jest to wielka wygrana korporacji muzycznych, filmowych i twórców oprogramowania.

Więcej na blogu Mininova:

Moje zdjęcie po raz drugi zostało wykorzystane przez inne osoby do stworzenia czegoś nowego. I to wszystko legalnie, w ramach licencji Creative Commons. Za pierwszym razem zdjęcie z Co. Donegal z Irlandii zostało wykorzystane na pierwszej stronie firmy z USA (więcej).

Dzięki statystykom z Flickr.com odkryłem, że moje zdjęcie czołgu Sherman, jakie zrobiłem w Normandii w lipcu 2008 zostało wykorzystane do stworzenia tła dla iPhone.

Oryginał:

Wersja dla iPhone:

Bodajże amerykański CNET jako pierwszy podał informację, że Microsoft planuje wypuszczenie Windows 7 bez przeglądarki Internet Explorer 8 na terytorium Europy (konkretnie Unii Europejskiej). Temat podchwyciły inne media, telewizje i prasa. Twitter aż huczał wczoraj i dzisiaj od tego tematu i ludzie zachodzili w głowę o co dokładnie chodzi.

Komisja Europejska przed wieloma laty zarzuciła Microsoftowi, że ten łamie prawo do konkurencji włączając IE i Windows Media Player do swojego systemu operacyjnego. Kara finansowa i groźba kolejnych procesów spowodowała, że Microsoft zdecydował się na wypuszczenie Windows XP w specjalnej wersji – N – bez Windows Media Player. Artykuł KB886540 dokładnie określa czego wersja N nie może robić.

Tym razem, przy okazji wypuszczania nowego systemu na rynek, Microsoft zdecydował, że przeglądarka Internet Explorer nie będzie częścią systemu operacyjnego. To kolejny krok w celu podporządkowania się zaleceniom Komisji Europejskiej i uniknięcia kar finansowych.

Jak podkreślił to Zbyszek Braniecki z Mozilli: “mam poważne wątpliwości, czy wydawanie w 2009 roku systemu operacyjnego bez przeglądarki jest dobre dla użytkowników”. Microsoft nie opublikował jeszcze żadnych informacji o rozwiązaniach alternatywnych ani nie opublikował konkretnych planów dotyczących W7 i IE8. Nawet jeśli IE8 nie będzie dostępny w Windows7, to użytkownik musi mieć opcję ściągnięcia jakiejkolwiek przeglądarki albo mieć do wyboru kilka, tak by mógł wybrać, której używać.

To są jedynie spekulacje, które mam nadzieję niedługo się rozwieją.

Do tego czasu polecam oficjalne stanowisko Microsoftu w tej sprawie:

i odpowiedź Komisji Europejskiej, która wręcz sugeruje, z jakiego rozwiązania skorzystać (“the Commission had suggested to Microsoft that consumers be provided with a choice of web browsers”)

Dzisiaj szwedzki sąd orzekł, że Frederik Neij, Gottfrid Svartholm Warg, Carl Lundstrom i Peter Sunde – twórcy najpopularniejszej wyszukiwarki bittorrent w sieci, The Pirate Bay, są winni łamania prawa. Sąd skazał każdego na rok więzenia i 2.4mln GBP odszkodowania dla poszkodowanych firm.

Więcej:
BBC News – Pirate Bay founders found guilty

Wczoraj w nocy właściciele Last.FM ogłosili plany wprowadzenia opłat subskrypcyjnych w wysokości 3EUR dla wszystkich klientów. Wyjątkiem są mieszkańcy Stanów Zjednoczonych, UK i Niemiec. Więcej tutaj.

Nie słucham Last.FM, nigdy nie byłem wielkim fanem, ale szanuje wybory innych osób. Jeśli ktoś słuchał tego “radia”, to nie widze powodów by jego amerykańscy, brytyjscy czy niemieccy koledzy byli faworyzowani.

Jeśli brak dostępności pewnych usług w niektórych krajach nie denerwuje mnie tak bardzo, tak różnicowanie na klientów płacących i tych, którzy mogą korzystać z tych samych usług za darmo, zagotowało mi krew w żyłach.

Pamiętacie akcję gazety.pl dot. iTunes zapoczątkowaną przez redaktora GW Konrada Niklewicza? Przypadek Last.FM zdaje się potwierdzać, że firmy mają za nic podstawowe wartości na jakich została stworzona Unia Europejska. Sądzę, że my, jako konsumenci mieszkający w Unii Europejskiej powinniśmy zainteresować sprawą Last.FM naszą panią komisarz ds. konkurencji Neelie Kroes i zwrócić uwagę na to złe traktowanie klientów.

To nie Last.FM, to Lost.FM.

ICO vs. facebook.com

22 Styczeń 2008

Tydzień temu głośno było o kontroli GIODO w serwisie nasza-klasa.pl [1], a dzisiaj znalazłem informację, że brytyjski ICO (Information Commissioner’s Office, odpowiednik polskiego GIODO) przyjrzy się co dzieje się z profilami po ich deaktywacji (pisałem o tym w notce Facebook: my kont nie usuwamy) w serwisie społecznościowym facebook.com.

Do brytyjskiego urzędu trafiły skargi brytyjskich użytkowników serwisu zaniepokojonych w jaki sposób Facebook traktuje dane z profili, które zostały zdeaktywowane. Facebook nie kasuje tych kont, a jedynie ukrywa profil przed wyszukiwaniem i dostępem do informacji. Tym samym osoba, która reaktywuje profil ma dostęp do wszystkich informacji, które poprzednio były na profilu.

W celu całkowitego usunięcia konta Facebook zaleca usunięcie wszystkich informacji z profilu i jego deaktywację. Jednak w przypadku osób, które były bardzo aktywne w serwisie i zapisanych do wielu grup, sieci i posiadających wiele kontaktów taka czynność może okazać się bardzo czasochłonna.

Więcej na BBC News: Facebook faces privacy questions (Chris Vallance, 18 January 2008)

Polacy nie gęsi…

4 Październik 2007

…iż swój język mają. Zdawałoby się ten fragment z dzieł Mikołaja Reja powinien mieć największy posłuch i zastosowanie w miejscu, gdzie powstaje polskie prawo – w polskim Sejmie, a co za tym idzie na sejmowych stronach www, sejmowych bazach danych i podobnych źródłach.

Ot, taki przykład:

Strona sejmowa, baza danych ustawodawstwa polskiego. Czasami jednak pod tym adresem można spotkać taki kwiatek:

I znowu ignorancja wzięła górę. A gdyby tak kilka osób w dziale IT przepastnych izb sejmowych wykonało audyt systemu pod kątem zastosowania ISO-8859-2 czy Unicode, czy potrzebny by był na to ogromny budżet i publiczny przetarg?

Edycja 24/01/2009:
Komentarze wyłączone z powodu dużej ilości spamu.