Jest środek nocy. W domu cicho jak makiem zasiał i wszyscy już w łóżkach. Chcesz się dowiedzieć co ważnego wydarzyło się w mijającym dniu i wchodzisz na stronę Wyborczej … i starasz się jak najszybciej wyłączyć dźwięk, bo nagle przez głośniki komputerowe sączy się głośna quasi-elektroniczna muzyka, która może obudzić rodzinę.

To reklama nowego serialu na TVP2, Tancerze. A Ty, chcąc czy nie chcąc, musisz zareagować na nachalność tej reklamy, wyłączając dźwięk, by nikogo nie obudzić.

To nie pierwszy raz, kiedy spotkałem się z podobną praktyką multimedialnych reklam na www i nie pierwszy raz, kiedy muszę wyłączać dźwięk. I zapewne nie ostatni, przynajmniej do momentu aż ktoś dojdzie do wniosku, że fajnie byłoby mieć w przeglądarce plug-in, który wyłącza dźwięk takim intruzom.

Klipy wideo w blokach reklamowych na stronach www to bardzo dobry i przyciągający oko środek przekazu. Są skuteczniejsze niż statyczne obrazy. Im zabawniejsze, tym efekt lepszy.

Po raz pierwszy tego typu reklamy zobaczyłem bodajże na stronach www telewizji CNN. Zwróciłem uwagę na nie, bo coś z boku ekranu skakało, ruszało się i drażniło oko. Ale te reklamy były inne. Te reklamy w ustawieniach domyślnych miały wyłączony dźwięk, a widz jeśli był zainteresowany, mógł go sobie włączyć. Dawało mi to możliwość wyboru i powodowało lepszy kontakt z użytkownikiem Internetu, widzem i potencjalnym klientem. Było formą dialogu, chcę usłyszeć – klikam. Nie chcę, ignoruję reklamę. Mój odbiór takiej może być pozytywny bądź w najgorszym dla agencji reklamowej przypadku – neutralny.

Reklamy, które zmuszają mnie do wykonania jakiejkolwiek czynności budzą we mnie złość. Nie ma tu formy dialogu z klientem – jest wymuszenie zabrania głosu. Wobec takiej reklamy nie mogę pozostać obojętny. To nie treść przyciąga mnie do wyrażenia swojej opinii nt. reklamowanego produktu, ale sposób w jaki reklama jest mi prezentowana. I ta forma nie jest zabawna albo kontrowersyjna, jest agresywna. To nachalność, ignorancja, buta, narzucanie się, natarczywość. To takie odczucia powoduje we mnie reklamowany produkt.

Reklama jednak zadziałała. O reklamowanym produkcie mówię czy piszę. Nie ważne przecież jak, ale piszę, co wydaje się być obecnie trendem w tzw. kulturze. Czy to jednak o to Telewizji Publicznej chodziło? O moje uczucie odrazy do ich metod reklamowych? Wątpię. A jeśli tak, to jestem zadowolony, że od ponad 4 lat nie muszę płacić abonamentu i nie przyczyniam się do powstawania podobnych pomyłek.

Adware z BIOS'u?

14 Styczeń 2009

Wpadła mi w ręce informacja dotycząca nieczystego zagrania pewnego dużego producenta komputerów przenośnych. Ze względu na toczącą się analizę problemu, nie ujawnię jego nazwy.
Na świeżo zainstalowanym systemie Windows Vista na komputerze od tego producenta, pokazało się okno Internet Explorera z reklamą pewnej usługi. Warto podkreślić, że nie był to obraz systemu, jaki zazwyczaj jest dostarczany z komputerem, ale świeża instalacja (nie tzw. OEM, ale FPP) wprost “z pudełka”. W grę nie wchodziły żadne programy, które mogły zainstalować się z Internetu. Poza systemem operacyjnym na komputerze nie było zainstalowane żadne inne oprogramowanie.

Dalsza analiza problemu pokazała, że niechciany software pochodził … z BIOS’u!

Amerykańska firma Absolute Software dostarcza rozwiązanie do ukrywania pewnego rodzaju oprogramowania wprost w BIOS’ie systemu. Oprogramowanie to, zwane Computrace, ma za zadanie namierzenie skradzionego komputera w momencie gdy jego nowy użytkownik połączy się z siecią Internet. System ten działa z powodzeniem w Stanach Zjednoczonych od 1997 roku. Stosuje go wielu znanych producentów systemów komputerowych (lista) – sugeruję sprawdzenie w swoim BIOS’ie.

Jednak firma Absolute Software dla jednego z tych producentów wykazała więcej inicjatywy i dostarczyła opcję wyświetlania reklam.

W 2006 roku program antywirusowy AVG znajdował w plikach rpcnetp.exe i rpcnetp.dll trojana. Nie pomagało usuwanie plików, używanie innych skanerów, ani nawet re-instalacja systemu. Pliki te zawsze “magicznie” pojawiały się w systemie po restarcie. Autorem tych dwóch plików jest firma Absolute Software (Computrace LoJack for Laptops) i pliki te były kopiowane z BIOS’u. Od tego czasu AVG już nie znajduje w tych dwóch plikach trojanów, ale jakby nie było, niesmak pozostał.

Problemów z tego rodzaju oprogramowaniem jest co najmniej kilka. Ale najbardziej niepokąjaca nie jest idea, że na naszych komputerach możemy mieć zainstalowane oprogramowanie, którego nie pozbędziemy się nawet stosując format dysku. Nawet jeśli Computrace stworzony został w zacnym celu, może okazać się przykry w skutkach, jeśli zostanie rozpracowany przez autorów malware.

Oryginalne okno z reklamą usługi Computrace. Wyciąłem nazwy i loga producenta oprogramowania.

Przeczytane na BBC.

Na swojej stronie internetowej Apple sugeruje użytkownikom MacOS korzystanie z jednego z trzech wymienionych tam programów antywirusowych: Intego VirusBarrier, Symantec Norton Anti-Virus for Macintosh i McAfee VirusScan for Mac.

Pamiętacie poniższą reklamę?

Wydaje się, że od 2 maja 2006 roku, od daty początku ukazywania się reklam Mac vs. PC, troszkę się zmieniło. Reklama wciąż jest prawdziwa, bo wirusy pisane pod PC prawdopodobnie nie będą działać z równą skutecznością na Mac’ach i jedne drugich nie “zarażą”. Ale dla Maców powstaje dedykowany malware. I to powstaje tak szybko i zaczyna być na tyle skutecznym zagrożeniem, że firma Apple zaczęła to zauważać.

Przykładem może być AppleScript.THT, trojan który spisuje bufor klawiatury i zapamiętuje zrzuty akranu. Na komputery użytkowników dostaję się dzięki zmodyfikowanym stronom WWW, jak również poprzez iChat i Limewire. Polecam lekturę na stronie SecureMac w celu poznania innych efektów działań robaka.

Jak dla mnie to nie tylko koniec ery komputerów z jabłuszkiem wolnych od wirusów, ale definitywny koniec marketingu pod tytułem virus free Mac.

Oto, co zobaczyłem dzisiaj klikając na hasło “Sarah Pallin”:

Lot z pewnością potrzebuje większych przychodów.

Ja też jestem PC

19 Wrzesień 2008

W komentarzach do Jak odróżnić robota od człowieka, Kuba zadał pytanie ile czasu upłynie nim Google zbuduje własny OS.

Taki scenariusz nietrudno sobie wyobrazić, ale przy odrobinie fantazji można takie wnioski posnuć trochę dalej. Google OS mógłby być dostarczany na bezpłatnych (albo subsydiowanych) komputerach z bezpłatnym dostępem do Internetu. Google OS ma jedyną słuszną przeglądarkę Google Chrome i wyświetla jedyne słuszne reklamy. A w dodatku przy jedynie słusznych aplikacjach. Finansowanie darmowych (subsydiowanych) komputerów i dostępu do sieci pochodzi z AdWords i Adsense, a im więcej użytkowników na platformie Google tym więcej przychodów z reklam. Koło się zamyka, a akcje biją kolejne rekordy na giełdzie.

Komentarze?